Guadalajara! Guadalajara!

J A N  P A P U G A

GUADALAJARA!

GUADALAJARA!

1965

WYDAWNICTWO POZNAŃSKIE

Obwolutę i stronicę tytułową

projektował Antoni Rzyski

 

MICHAŁOWI MISIORNEMU

 

POCZĄTEK TOPOGRAFII

Przy jednym z pierwszych od tablicy stołów stał porucznik w opiętym mundurze lotnika z „glapą” na piersi. Suchy, żylasty, mocno śniady, o garbatym nosie. Jego twarz i całą postawę ła­godził częsty uśmiech. Opanowanym głosem wy­mieniał miejsca dolotowe i podrywał któregoś z nas. Wywołany wybierał trasę, potem czytał znaki, według których kierował swój lot. Bystroocy chłopcy w spłowiałych zielonych drelichach, pochyleni nad mapami, śledzili kolegę i poprawia­li błędy. Było między nimi dwóch marynarzy: mat i ja, obaj w bardzo ozdobnych kołnierzykach, wiązanych jak staniczki. Doskonale orientowaliś­my mapy „setki”, robiliśmy plany na przyszłe przeloty i na współdziałanie z broniami lądowymi.

Nasz topograf mówił teraz o niespodziankach, napotykanych przez niego i kolegów, przy złym rozpoznaniu terenu.

Wielkie skróty znaków bardziej pobudzały moją wyobraźnię niż najlepsze słowne opisy ziemi. Da­wały obraz ogromnych przestrzeni, jakich słowo nie jest w stanie oddać. Podczas pogwarek wykła­dowcy na zakończenie lekcji, oderwałem się zupeł­nie od ziemi. Porucznik miał latanie we krwi, śmierdział samolotem, związany był z nim nie­podzielnie jak Lisowczyk z koniem.

Przez otwarte wysokie, odsłaniające całą ścianę okna wlewało się żółte, gorące słońce. Z radością patrzyłem w bezwietrzny dzień o najlepszej widoczności.

8

Oblatywaliśmy już „Bartla”, po połud­niu mieliśmy zacząć „Poteza”.

Rozwarły się drzwi. Ujrzeliśmy kapitana, komendanta szkoły, za nim dwóch cywilów, wachmistrza żandarmerii i naszego szefa, sierżanta. Poderwaliśmy się na zawołanie wykładowcy. Po­rucznik wyprostował się do meldowania, ale ko­mendant — podchodząc bliżej — powstrzymał go. Mówił tak cicho, że dobiegał tylko niezrozumiały szept. Potem cała wizytacja obróciła wzrok na nas.

— Wszyscy opuszczą salę. Zostanie tylko marynarz… — wykładowca wymienił moje nazwisko. Mówił zupełnie obcym głosem.

Koledzy wychodzili spokojnie, niektórzy obrzu­cali mnie krótkim zdziwionym spojrzeniem. Od dwóch siedzących obok mnie słuchaczy żandarm wziął teczki z notatkami i książki, potem zebrał moje i obejrzał dolny blat bez szuflad. Po paru chwilach poczułem na sobie spojrzenie komen­danta.

— Idź do pokoju obok mojej kancelarii i cze­kaj — powiedział łagodnie.

— Rozkaz! — sprężyłem się i wyszedłem.

Jego głos dźwięczał we mnie ciepło. Komen­dant nie posłużył się porucznikiem ani szefem. Przy wejściu na schody spostrzegłem idącego za mną żandarma.

Wszedłem do wyznaczonego pokoju. Rozluźni­łem całe ciało, uśmiechnąłem się do siebie i do wszystkiego, cokolwiek miało mnie spotkać. Wie­działem, kim są panowie bez mundurów i czego chcą. A skąd wiedzą — tego chyba dowiem się od nich.

Nie było czasu na zawiłe rozmyślanie, nie snu­łem żadnych planów. Nie wolno mi zaszkodzić im

9

jednym słowem, skrzywieniem oka, nie wolno mi rzucić cienia podejrzenia na… Niech biją!… Przenikało mnie płomieniem i lodem. Wiedzia­łem. Resztę zdałem na spryt chłopaka z łódzkich peryferii. Byłem gotów. Uśmiechnąłem się, usiad­łem na krześle. W każdej chwili mógł ktoś wejść. Wszedł cywil w eleganckim, szarym ubraniu, zażywny i wypoczęty. Nie wyglądał na zwykłego łapacza. Moje krzesło ustawił z dala od biurka, sam usiadł za biurkiem, wyjął z teczki papiery, rozkładał je. Przed nim leżały kartki maszynopi­su, na pewno dotyczące i mnie. Przejrzał je, zaczął:

— Pan z Łodzi?

— Tak.

— Urodzony?

— We wsi Zbyszek…

Pytał i pisał, od babek, dziadków, wujów, cio­tek, ich urodzenia, od wykształcenia, pracy, śro­dowisk, stanowisk, zainteresowań, karalności do mojego współżycia z nimi. Była to chłopska magma religijnych, nigdy nie karanych analfabetów, ciężko pracujących na swoje twarde życie i mgławicowo marzących o niebie. Umiałem mu to podać nago i surowo. Czasami spoglądał w okno na złocisty dzień i znów brał się do pisania. Nie żyjąca matka nie wiele go interesowała, za to mu­siałem opowiedzieć prawie cały życiorys ojca. Ostatnio bywał bezrobotny. Powiedziałem bez natręctwa, że przez piętnaście lat pracował jako tkacz u Gayera. Był w bractwie kościelnym, a w kościele katedralnym dźwigał w procesjach największą chorągiew. Zżymał się, nie bardzo pa­sowało mu to do pisaniny, ale słuchał bez nudy.

— To nie macie w Łodzi rodziny?

— Jest ciotka Marchwicka, jej  syn jest kapitanem

10

w Wojsku Polskim i ma Virtuti Militari. — To świetnie pasowało. Przypomniał mi się wuj Wojciech, miał najwyższe odznaczenia carskie za front pod Krakowem, a później był u Denikina w dzikiej dywizji… Nie powiedziałem, że potem poszedł do bolszewików i że prał Judenicza pod Piotrogradem, a obecnie jest w partii. Cywil dał się wciągnąć, ale zaczynało go to mierzić.

— To nigdy nie miał pan do czynienia z wła­dzami?

— Nie.

Spojrzał na mnie niby zwyczajnie, a bardzo uważnie, z chęcią przejrzenia na wylot.

— Naprawdę?

— Nie. Byłem zatrzymany przez policję w Skarżysku. Nie miałem na bilet. — Zawstydziłem się szczerze.

— A potem?

— Już nie.

— I stale mieszkał pan w Lodzi?

Zaczyna się… Natychmiast zorientowałem się, że wie daleko więcej, niż mnie się wydawało. Postanowiłem dawkować coraz mniej naiwności.

— Około pół roku w Leśnej, koło Baranowicz. — A potem?

— A stamtąd wróciłem do Łodzi na kursy lot­nicze.

— Chce pan zostać pilotem?

— Na całe życie! — i znów dał się wciągnąć w mój najszczerszy zachwyt. Potem zwolnił mnie.

Było już po obiedzie. W pokoju sypialnym zobaczyłem trzech kolegów na popołudniowej drzem­ce przed lotami, żaden z nich nie spał. Moje łóż­ko zburzone, z byle jak zarzuconym kocem. Otwo­rzyłem szafkę — było podobnie. Poczułem się jak

11

zwierz,   któremu ktoś   groźnie   wtargnął  do   legowiska.

— Masz „drugie” pod poduszką, ale przedtem idź do szefa — cicho wymówił chłopak z sąsied­niego łóżka.

Po zameldowaniu się szef parsknął:

— Loty wstrzymane aż do odwołania! — Z jego twarzy zionęła psia nienawiść.

Oparzyło mnie jak lodem, ale po wyjściu za­śmiałem się. Szybko zjadłem ciepławe jeszcze dru­gie danie i położyłem się. Nikt o nic nie pytał, udawali, że śpią. Pojawiła się gniewna twarz szefa, ale przysłonił ją komendant. Zasnąłem z przyzwyczajenia.

— Wstawać do lotu! — Wołanie dyżurnego zaniosło się radosnym wyzwaniem.

Zerwałem się — i zaraz odruch opamiętania. To nie było do mnie. Podciągnąłem koc, wtuliłem twarz. Pośpię sobie! Zawsze zasypiałem natych­miast i kiedy chciałem, jak kot. Gdy już nadcho­dził sen, odezwały się zapuszczane silniki. Jeden prychał jak jakiś centaur nie dający się ujarzmić. Inne posłusznie poddawały się sprawnym rękom. Głosy przenikały się wzajemnie, zagrały z wyso­kim jękiem. Wtedy jeszcze oddałbym za nie wszystkie harfy z aniołami. Słyszałem, jak koło­wały na start, a potem pojedynczo, waliły na wszystkich obrotach.

Wstałem, ubrałem się i wyszedłem. Przed han­garem było już pusto. Chorągiew na środku ogromnego pola traw, w gromadkach chłopcy cze­kający na swoją kolejkę.

Usiadłem na betonowej podstawie wspornicy hangaru. Kanciaste niemrawe Potezy latały płyn­nie i siadały gładko w dublach. Chyba najcięższą karą dla pilota jest zakaz latania. W prowadzeniu

12

samolotu jest bowiem raj, piekło i śmierć, a wszystko razem następuje po sobie w szatań­skim skrócie.

W moim szczeniackim wnętrzu przelewały się smutek i złość do chwili skończenia lotów. Potem samoloty podkołowały na małych obrotach. Chłop­cy krzepko i zacięcie wpychali wygaszone maszy­ny do hangaru. Mój instruktor z grzywą czar­nych włosów i z hałbą* w ręce grzmiał z daleka w wesołym gniewie:

— Cóż to znowu?! Potem będziesz w tyle! Zerwałem się i zawołałem:

— Jutro przyjdę, panie poruczniku! — Gotów byłem latać w każdej chwili dnia i nocy.

Koledzy wychodzili z hangaru, przystawali na chwilę, obejmowali spojrzeniem lotnisko. Mieli zwichrzone łby i gogle** na piersiach. Zaspoko­jeni radośnie, jakby oblecieli cały świat. Szerocy, w kombinezonach, szli niedbale do budynku mieszkalnego. Zostałem sam. Wyszedł jeszcze mat, chucherkowaty i czarniawy. Zauważył mnie, przystanął, popatrzył się z okrutną radością. Obu nas wysłano z Morskiego Dywizjonu Lotniczego w Pucku na Szkołę Lotniczą dla Podoficerów w Sadkowie koło Radomia. Był instruktorem wy­szkolenia piechoty. Mendowaty, chodzące odbicie regulaminu, dobrze nas jaił w okresie rekruckim. Przed silniejszymi skaczący na dwóch łapkach psiak, miał dla słabszych nielitościwe okrucieństwo swej wysokiej władzy. Może i wiedział że są ideały, wzniosłe dążenia, przymioty charakte­ru, ale pamięć o nich diabelnie utrudniałaby mu życie. Miał przełożonych i regulamin, był dosko­nałym podoficerem, więc wysłano go do szkoły.

* kask — żarg.

** okulary lotnicze — żarg.

13

Jeszcze tu próbował urządzać mi przeglądy mundurowe i szafki, aż przepędziłem go z sypialni. Miał sześć bitych lat służby, ja dopiero kilka mie­sięcy, a znaleźliśmy się razem. Może nie podobało mu się, że miałem za sobą szybowce i RWD-8… Już w dzieciństwie wymarzyłem i zadecydowa­łem: samoloty albo łodzie podwodne. A on nawet nie był marynarzem. Gdyby ze mną było podob­nie, wstydziłbym się nosić marynarski mundur.

W jego twarzy była teraz zupełna pewność mojej przegranej i wola pastwienia się. Prosił wprost, bym go uderzył. Dobrze wyczuł, że stoję nad przepaścią, był wyzywający i bezczelny. Twarz wykrzywiła mu się w bezgłośnym śmiechu jak hienie. Aż nasycił się i odszedł. Jeszcze podczas kolacji próbował kłuć mnie oczkami szakala, za­przestał jednak szybko widząc, że nie podoba się to innym. A przecież i tamci omijali mnie jak trędowatego.

Co chwila ktoś wstawał, by spojrzeć w okno, czasem usłyszeliśmy znajome imię dziewczyny. Pojawienie się nowych twarzy podrywało wszyst­kich. W pogodne dni, po kolacji ściągały tu z miasta dziewczęta, a w niedzielę ciągnęły szosą całe wycieczki. By to nie miało groźniejszego wpływu na latanie, instruktorzy utrudniali spot­kania, przypominali: tylko przyzwoite dziewczy­ny, ładne i mądre. A przychodziły różne, tęgo już uformowane kobiety i młodsze, trzymające się jak trzciny. Najśliczniejsze były szesnastolatki, igno­rowaliśmy je lub pędziliśmy do domu. Były tam przeważnie śmieszne przekomarzania się w gro­madkach lub chodziliśmy na jałowe space­ry. Mądre na pewno były zawiedzione, bo przecież trafiały się takie, które umiały przedrzeć się przez mur naszej szczeniackiej pychy. By być dobrym

14

kochankiem, trzeba chcieć nim być. My nie chcieliśmy. Aż po czubki włosów byliśmy wy­pchani lataniem.

Teraz znowu nadciągała szosą jakaś spora gru­pa. Chłopaki dojadali kolacji i pędzili na spotka­nie. Nikt mnie nie zawołał, został tylko warsza­wiak ze wspólnej sypialni. Podszedł do mnie.

— Wszystkie łóżka i szafki przerzucili, a ten zdechły cywil każdego po kolei brał na spytki i zabronił wspominać o tym. Ani mru, mru, uwa­żasz? — spojrzał znacząco i szybko wyszedł. Po chwili wyszedłem i ja. Jak strasznie wolno wlókł się czas do apelu!

Łóżko było najlepszym schronieniem. Sen przerywał mękę i dawał siłę.

O świcie znów wołanie na ranne loty. Prze­mogłem się, nie wstałem. Kiedy silniki rozniosły się po rannej rosie jak organy, owinąłem kocem głowę i drzemałem, aż zapadłem w sen. Kiedy przebudziłem się, koledzy wrócili już i zrzu­cali z siebie ciężkie kombinezony. Zobaczyłem nad sobą szefa.

— A ty o dziesiątej masz rekolekcje — mówił chrapliwie i szyderczo.

Nikt nie śmiał się. Wstałem szybko, by nie opuścić lekcji nawigacji.

O dziesiątej ten drugi cywil czekał już w po­koiku. Wskazał mi oddalone krzesło. Usiadłem. Miał zmizerowaną, wąską twarz o blisko osadzo­nych oczach, spokojnych i chwytliwych. Wodził nimi uważnie po mojej twarzy, wiercił mi w oczach. Kiedy było za dużo — uśmiechał się. Odpowiadałem mu uśmiechem.

— Na pewno uprawia pan jakiś sport?

— Lubię pływać.

15

Obaj byliśmy mali, ale ja byłem związany jak pęk.

— Na pewno należał pan do jakiegoś klubu?

— Chodziłem trochę na boks do Gayera — z przejęciem oddałem mu uśmiech.

— A w „Strzelcu” był pan? — uśmiechnął się jak równy swojak.

— Nie, byłem w harcerstwie. Zespoliliśmy się w uśmiechach, póki nie ujrza­łem w jego oczach poufałości:

— No, no, nie tylko w harcerstwie, ale to między nami… — i wyraźny uśmiech na ten temat. Odpowiedziałem mu naiwnym, cielęcym. Spoważniał, zabrał się do przerzucania kartek maszynopisu. Rozpoczęło się przepytywanie wczorajszych zez­nań, na wyrywki. Poszerzał to, ale nie wcisnął się żadną szczeliną.

— Zrobimy sobie godzinną przerwę — powie­dział i zwolnił mnie.

Bez namysłu poszedłem na zaczętą lekcję teorii lotu. Byłem tak zwarty, że nikogo na niej nie speszyłem.

Po przerwie tkwił za biurkiem zażywny cywil, a z boku, na wprost mnie, usiadł mizerak. Przy­jęli mnie uśmiechami.

— Jak to było w Skarżysku? — pytał zażyw­ny.

— Policja zatrzymała mnie na dobę w komi­sariacie.

— A co pan robił w Krakowie?

— Jak to, być Polakiem i nie być w Krako­wie?! — odpowiedziałem z wyrzutem.

— A w Warszawie?

— Przecież stolica.

— Turysta — zadziwił się.

16

— I sportowiec — odpowiedział mizerak; obaj

zaśmiali się.

— A po co pan jechał do Leśnej? — pytał za­żywny.

— Szukałem pracy.

— Na gapę?

— Nie miałem pieniędzy.

— Do takiej dziury po pracę? — wcisnął się mizerak.

— Jechałem   do   Baranowicz,   tam   są   wielkie lasy i poręby.

— To pracowałby pan jako drwal? — zapytał zażywny.

— Tak.

Spoważnieli, podobało im się to. A przecież miałem zamiar jechać na Nieśwież i Stołpce, by przejść potem przez granicę Związku Radzieckie­go.

— I co, pracował pan w lesie? — dopadł mnie mizerak, ale zdradzał przy tym, że wie znacznie więcej.

— Pomogłem oficerowi znieść z pociągu waliz­ki, zaproponował mi pracę w kasynie oficerskim. Był kierownikiem.

(Kiedy uporałem się już z licznym bagażem eleganckiego oficera ten chciał mi wcisnąć na­piwek. Nie wziąłem, on rzucił kilka pytań i tak się zaczęło. Po chwili zajechały przed stację sanie, zaprzężone w młodego rysaka. Wrzuciliśmy z po­wożącym żołnierzem pakunki, wsiedliśmy. Była ciężka zima. W lekkim paletku często gnany precz z pociągu, brnąłem przez wielkie zaspy śniegu, kierując się torem w stronę następnej stacji. Byłem głodny, nie wyspany, bez grosza, zziębnięty do kości. Czasem wpadałem w zaśnieżone doły, odpoczywałem, wyłaziłem na czworakach. Żołnierz

17

 powstrzymywał konia przechodzącego w ga­lop. Jechaliśmy przez lasy, padał śnieg. Powoli rozgrzewałem się pod wilczymi szubami, po raz pierwszy było mi w drodze ciepło. Mój nie­bezpieczny zamysł odłożyłem na później, musia­łem nabrać sił.)

— Co pan tam robił? — pytał zażywny.

— Podawałem oficerom do stołu.

— Przez całe pół roku? — wtrącił mizerak.

— Nie. Potem byłem w warsztacie mechanicz­nym, w kuźni.

(Odkuwaliśmy złącza ze starym Sybirakiem Rusłanowem, reperowaliśmy tarcze, makiety i ustawialiśmy je na goliznach wielkich borów. Potem zjeżdżała artyleria na ostre strzelanie. Po robocie czekaliśmy   na   wóz.   Siadaliśmy   przy   ogieńku i   przypiekaliśmy   słoninę   na   patykach.   Słońce grzało już dobrze i słodko pachniało wiosną. Zdej­mowałem koszulę, głusza pustkowia skłaniała do gawędy o wszystkim. Rusłanow był wysoki i su­chy, tylko bary miał jak niedźwiedź. Jego małe i jasne oczy były bystre i szczere, twarde, ale zawsze pogodne i bardzo dobre. Powiedziałem mu o swoim zamiarze. Tłumaczył, że bolszewicy wsa­dziliby mnie do aresztu, by potem oddać naszym władzom. Nie byłem skompromitowany politycz­nie, pomyśleliby,  że jestem nasłany.  Co innego gdyby groziło mi pięć lat więzienia, gdybym był ścigany przez policję. Przekonał mnie. Był kiedyś majstrem  w  warsztatach  kolejowych  w  Nowosybirsku, potem białogwardyjcem u Kołczaka. Był już bez nienawiści, ale i bez możności powrotu. Przypomniały  mi  się  jego  oczy:  Rusłanow  nie mógł mnie wydać!) — W Łodzi miał pan dużo kolegów? — pytał zażywny.

18

Poweselałem.

— Nie.

— A co pan robił w wolnym czasie? — wciskał się mizerak.

— Lubiłem czytać książki.

— O czym?

— Podróżnicze i o przygodach.

— A skąd pan je brał?

— Z biblioteki publicznej.

— Między sobą  nie  pożyczaliście?

— Nie.

— A Freierowi przecież pan pożyczał.

— Nie.

— Harcerz — wymówił z ironią.

— Teraz nie — odpowiedziałem.

— Ale w Leśnej był pan.

— Tak. Założyłem nawet drużynę harcerską.

(Zrobiłem to z pomocą nauczycieli. Potem chciałem wejść w kontakt z partią w Wilnie, po­trzebowałem pomocy. Mogliby przyjeżdżać stu­denci z uniwersytetu z odczytami. Chciałem wśród młodych chłopców stępić wrogość do Związ­ku Radzieckiego, dać im chociaż początki świa­domości klasowej.)

Teraz cywile wymieniali rozciągłą dłużyznę nazwisk i imion. Mieli dobre rozeznanie w moim przedmieściu — wszystko kazetemowcy. Pytali, czy ich znam, chcieli wiedzieć, jaka to była zna­jomość. Wszystko delikatnie, ale w ich logice. Od­powiadałem według mojej logiki.

— A tam mieszkały u was Cześka i Władka? — zapytał mizerak.

— Może, nie znam ich.

(Cześka była łączniczką, a Władka pojawiła się jak jasny płomień, ramię Partii.) Rozluźniły  im   się   twarze.   Mizerak   częstował

19

mnie papierosem, ale wtedy jeszcze nie paliłem. Zapalili z widoczną ulgą. Patrzyli na mnie przy­jaźnie, z zażenowaniem, jak gdyby wyrządzili mi krzywdę. Miałem dziecinną, gładką twarz, bez żadnego zapisu życia. Była we mnie rewolucja, swoim płomieniem czyniła mnie jeszcze młodszym.

— To na pewno jakaś pomyłka — wymówił mizerny.

Byli dobrzy jak faryzeusze. Nie chcieli mnie straszyć, bym nie stał się zbyt czujny w przy­szłości. A ja w męce musiałem zaprzeczać temu, co było moją najcichszą i największą dumą. Się­gałem po godność plebeja, całą i pełną. Tego na­wet lotnictwo nie mogło mi dać, i nikt, musiałem to wziąć sobie sam.

— To wszystko. Dziękujemy panu — powiedział zażywny.

Wyszedłem i pognałem, mury rozwierały się przede mną posłusznie. Dopadłem szafki i otwo­rzyłem ją. Wyjąłem przybrudzony kombinezon z zamszem wszytym na piersiach, przerzuciłem go przez łóżko. Był ładniejszy od najpiękniejszego, wyszywanego stroiku dyplomaty. Żaden cylinder nie mógł się równać z moją skórzaną hałbą, a gogle o wygiętych szybkach były czarodziejskie. Miałem przez nie zobaczyć inny świat! Już przy­tomny, wrzuciłem wszystko do szafy. Spod poduszki wyjąłem drugie danie i walnąłem się spać. Uczułem szarpnięcie za ramię i zobaczyłem szefa.

— Idź zaraz do komendanta.

Ubrałem się szybko. Sadziłem jak poprzednio. Zapukałem, wszedłem, zameldowałem się. Przez dłuższą chwilę patrzył na mnie siwymi oczami. Miały w sobie opiekuńczą i mądrą władczość, któ­rej poddawaliśmy się najzupełniej. Skronie przyprószone

20

siwizną. Drapieżność jak u „topografa”, tyle że skryta wiekiem. Wzruszył się. Ten pan i wład­ca na Kudaku miał w twarzy gniew, a spod gnie­wu przebijało cierpienie.

— Nie możesz być lotnikiem. Bierz spadochron i jedź do swojej marynarki. — Podszedł bliżej. — Stało się nieszczęście. Będziesz marynarzem, to chyba najlepsze po lataniu.

Chciałem coś mówić, ale spazm zdławił mi krtań. Pragnąłem zapłakać.

— No, nie bądź babą — pokrzepiał mnie. — W zeszłym roku, kiedy „cywile” przyszwendali się na lotnisko w Dęblinie, dwóch oficerów pal­nęło sobie w łeb. Dziś wyjeżdżasz.

Sprężyłem się drętwo i wyszedłem.

Gdyby świat przewrócił się i przestał istnieć, byłoby to mniejszym nieszczęściem. Ale świat stał twardo i był bezlitosny. Spakowałem się w tortu­rach. Spadochronu nie używałem jeszcze i nigdy już nie użyję.

Zdałem książki, samochód służbowy odwiózł mnie na stację. Do pociągu było jeszcze pięć go­dzin.

Wyszukałem pusty przedział, by nie razić lu­dzi. W opustoszałej z myśli głowie kołatało się jedno: za co mnie wyrzucili? Kochałem swój kraj miłością największą. Będąc małym chłopcem płakałem po lekcji historii nad głową Żółkiewskie­go zatkniętą na pice. Krzyczącego w śnie budził ojciec, a mnie jeszcze dochodził ryk Grunwaldu. Byłem w ciżbie półnagich Litwinów, kłuli i rąbali sulicami, toporami… Teraz też byłem gotów bić się o mój kraj, choćby z całym światem. Ale prędzej zbombardowałbym Belweder niż Związek Radziecki, prędzej Wawel, niż bym podniósł rękę na polskich robotników. Byłem z parszywej Łodzi,

21

a stamtąd nie wolno brać do lotnictwa takich jak ja. Moja topografia miała być klasowa, nie sferyczna i nie tylko polska, miała objąć cały świat. Taka konieczność zdeterminowana życiem, jego prawami i wszystkimi przypadkami. Mój ciąg duchowy na pewno był jej największą siłą. Oto moje fatum, choć wtedy nic jeszcze o nim nie wiedziałem…

22

ALUŚ

— Długo nie wracają — powiedział ktoś.

— Mają zapasowe zbiorniki — odpowiedział drugi głosem mającym w sobie nadwieczorną ciszę po upalnym dniu.

Połamanym kręgiem leżeliśmy przy hangarze, na murawie lotniska. Z dalekiej szosy łagodnie przemykał czasami jęk samochodu a z pobliskiej zatoki senny poszum trzcin.

— Weź te swoje ułańskie nogi — usłyszeliśmy warknięcie Piotrusia.

— Żadna dziewucha nie potrafi tak wygiąć się w kolanach do tyłu jak on — krztusił się śmie­chem Jankowski.

— On je tak prostuje — tłumaczył Fuszer.

— Niech sobie prostuje, byle nie pod moim nosem.

Nagie torsy podniosły się z niepokojem mło­dych byczków. Warchołt odsunął się ze zbolałą wyniosłością na dwa wyciągnięte ramiona. Nie potrafił odciąć się i niewiele miał siły i odwagi. Pognębili go zupełnie i zostawili dopiero, kiedy miał twarz męczennika-kukły. Potem z uśmie­chem wilczej chytrości spoglądali po sobie — kto następny?

— O, Staniszewski, opowie nam o swoim powodzeniu na urlopie — odezwał się Owsian.

Cały dywizjon wiedział o jego podbojach. Wszystkie „były bardzo eleganckie i bardzo inteligentne”. W szlachetnym polocie przetwarzał je w mieszczańskie Dulcyneje.

23

— Która by chciała taką pokrakę jak ty. Od­czep się — warknął Piotruś Staniszewski.

— Ba, warszawiak — wtrącił Fuszer. Piotruś gniewnie błysnął na niego oczami.

— „Były bardzo eleganckie i bardzo inteligen­tne”.

Wybuchnęliśmy śmiechem. To Warchołt znalazł swoją zemstę. Piotruś zbladł i uśmiechnął się. W jego mniemaniu ostatni prześladowca był tak nędzny, że nawet nie wypadało karać go przy­kładnie.

— Trochę bujasz z tym powodzeniem. Która ładna dziewucha chciałaby takiego konusa jak ty? — powątpiewał Jankowski.

— A takiego cepa jak ty? Przymknij się, Jankowszczak.

Jankowski uśmiechnął się znacząco, ale przy­mknął się. Należał do najmocniejszych w eskadrze. Ten poznaniak był najtęższym kpiarzem. Z Pio­trusiem byłoby ryzyko. Mały, ale zwięzły jak tur, masyw o niezwykłej lekkości w ruchach.

— Bromski, poczęstuj miętówkami! — zawołał Fuszer.

— Nie mam. — Chciał coś mówić swoim zacinającym się basem, ale Jankowski przerwał mu łagodnie:

— Jak nie masz miętówek w ustach, to le­piej nie mów.

Wybuch stadnego śmiechu.

— Coś po tobie widać, że nawet miętówki nie­wiele ci pomagają u dziewuch — mówił „sobie” Jankowski.

Wielkie, pryszczate chłopisko nienawistnie to­czyło oczami. Miał jakąś wadę żołądka i bał się otwierać usta.

 

24

Znów wodzili po sobie z okrucieństwem w oczach.

— Patrzcie, jak Aluś ładnie się uśmiecha — zauważył Jankowski.

— Żebyście wiedzieli, jak do matów — odpowiedział znacząco Fuszer.

Aluś usiadł bliżej mnie i uśmiechnął się najłagodniej w świecie.

— Podlizuje się — wymówił Jankowski. Dobył się ryk oskarżenia. W naszym mniemaniu było to najgorsze świństwo.

— On się tak uśmiecha do wszystkich — wtrą­ciłem. — Nigdy nie prał matom łachów i nie no­sił im zupy. Za co masz belkę na rękawie? Po­wiedz sam, Fuszer!

Zwykle przejawiałem więcej odwagi w czyjejś obronie niż własnej. Czekałem na najgorsze, ale wielkie chłopisko znalazło już następnego.

— Ale gorąco, zdjąłbyś bluzkę, Kukiel.

— Wisi na nim jak na kiju. Jak to to wzięli do marynarki? — dziwił się Jankowski.

Marynarska pierś była dla nas nie mniejszą dumą niż dla kobiet podniosły biust.

— Stul gębę, Jankowszczak! — zaperzył się Kukiel.

— Ze swoją kurzą piersią weź się z Maksiem!

Ku największej uciesze wszystkich Maksio zbli­żał się do niego w postawie zapaśniczej.

— Zjeżdżaj! — warknął groźnie Kukieł. — Co będę szarpał się z głupkiem — opędzał się przed śmiechem. — Weź się z Alusiem.

Maksio zadowolony, że już jeden boi się go, zawrócił do Alusia. Starał się chwycić go za ła­godnie odpychającą dłoń. W każdej chwili mogło się to udać. Ból zaczął wykrzywiać dobry uśmiech Alusia.

25

— Masz silny kark, Maksiu, co? — zapytałem go.

— O, kark mam silny — naprężył go śmiesznie jak Warchołt nogi.

— To lepiej odejdź, bo ci go złamię.

— O, karku mi nikt nie zegnie — odpowiedział głupawo. — No, chodź!

— Po kolacji, teraz jestem za słaby — roze­śmiałem się.

Ale Maksio czekał nieustępliwie. Podjudzany przez wszystkich, zbliżał się groźnie.

Owsian podniósł głowę jak żuraw.

— To pszczoły — zaśmiał się Jankowski.

— Nie. To nasze „chrabąszcze”. Nasłuchiwaliśmy wszyscy.    Słabe brzęczenie przechodziło w głośniejsze granie motorów.

— Wracają.

Poderwaliśmy się wszyscy i wolno sunęliśmy na nadbrzeże. Za półwyspem na niebie srebrny błysk pływaków. Dwa Ery rosły w oczach. Wo­dowały bez okrążenia. Podsadzaliśmy pod nie wózki, wyciągnęliśmy na brzeg i zatoczyliśmy pod hangar. Wytarliśmy je, napoili benzyną i olejem, wepchnęliśmy do środka. Nałożyliśmy koszule i Fuszer poprowadził nas dwójkami do koszar.

Morski Dywizjon Lotniczy w Pucku miał dwa Ery na kołach, z dziesięć na pływakach i trzy jakieś ciężkie, straszne monstra lecące sto kilo­metrów na godzinę przy silniejszym wietrze z czoła. To wszystko mogło być straszne dla ludo­żerców na Borneo, rynsztunkiem może dla Paragwajczyków, choć boję się, czy nie obrażam tego dzielnego narodu, lubiącego zabawę w wojnę. Czasami wpadała nam gazeta ze zdjęciami Heinkla, Stukasa czy Messerschmitta. Przyglądaliśmy

26

się drapieżnym sylwetkom i ból wykrzywiał nam gęby. Jankowski zawołał: „Nasze przy nich jak chrabąszcze!” i odtąd mówiliśmy: „nasze chra­bąszcze.” Wychodzący z nich po lotach oficero­wie mieli miny bohaterów. I skąd się u nich bra­ło tyle dumy? Może ze wspaniałych uniformów, mających w sobie magię ornatu.

Elegancki lotnik, porucznik Balot, był tragicz­ny od przydługiego czekania na przemundurowanie w lotnikamarynarza. Ciemny granat miał wieczorową wytworność, złoty szamerunek, „glapę” z mieczów, czarny pas jak z koronki, ze zło­tą, ozdobną sprzączką i krótki kordzik — cacko nad cackami. Makowski, żelazny chorąży, prze­rażał nas i śmieszył jednocześnie, nie wiedzieliśmy, na co się zdecydować. Niedokrwisty porucznik Kwieciński był superbrytanem, z miną, jakby strzegł pięciu oceanów, ale że ich nie było, całą swą władzę roztoczył nad nami. Stawaliśmy przed nim na baczność o pół kilometra. Skąpy w sło­wach, za najmniejszą niedokładność w mundurze oddawał nas w ręce podoficerów. Bardzo łatwo można było mu się narazić miną, spojrzeniem. Do­strzegał najmniejszy okruch niezależności i umiał go zdusić.

Był też między nami jeden, nazywał się Fabianowicz. Wspaniałe zjawisko. Kruchy rodzaj ludzki rodzi czasem lwa. Wcale nie olbrzym. Trochę więcej niż średniego wzrostu, o kształt­nych proporcjach, znamionujących siłę. Miał może tylko zbyt masywne kości obojczykowe i szczyty ramion, u nasady rąk. Pływał, ale nie lubił wody jak kot, raczej dla słońca chodził z nami kąpać się. Nogi jak kolumny dźwigały ciężki tors. Wspa­niała muskulatura owita złotawą skórą, lśniąca zwierzęcą witalnością. Każdy ruch miał wrodzoną

27

zręczność. Nieomylny refleks pozwalał mu siłujących się z nim chwytać niespodziewanie w uścisk nie dający możności wyswobodzenia się. Potem, z dobrym uśmiechem rozwierał swoje kleszcze. Najsilniejsze, ogromne chłopiska, unikały takich zabaw z nim. Czasami natężony błysk jego ciemno­niebieskich oczu zdradzał niepojętą siłę. Był z innej gliny niż my. Zawsze pogodny i skory do śmiechu; samo istnienie dawało mu radość. Był przyjazny i uczynny. Lubiliśmy go bez żadnej zawiści. Roz­taczał wokół siebie jakąś pewność, przy nim za­pominało się, że świat jest nieprzyjazny. Podofi­cerowie trzymali się na odległość i zostawiali go w spokoju. Tylko on był wolny od ucisku po­rucznika Kwiecińskiego, gdy my wszyscy merdaliśmy ogonkami.

Aż raz zobaczyliśmy go okropnie stytłanego w błocie, prał w umywalni robocze ubranie. W takim stanie wychodziliśmy po karnych ćwi­czeniach z łap mata Schmidta. Spaliśmy, a Fabianowicz długo jeszcze czyścił oporządzenie i ka­rabin. Po kilku dniach nie dostrzegliśmy go mię­dzy nami przy porannym apelu. Dowiedzieliśmy się, że późnym wieczorem wracał z przepustki i natknął się na porucznika Kwiecińskiego w służ­bie oficera inspekcyjnego. Ten mówił coś do nie­go, ci ze zmiany przy bramce słyszeli tylko: „Mało jeszcze?” — i zaraz — „brać go!” Chcieli odpro­wadzić Fabianowicza, ale strząsnął ich z siebie. Potem, obwieszony ciałami, darł się do porucznika Kwiecińskiego. Ten cofnął się z pistoletem w dło­ni i krzyknął: „Warta”. Z pobliskiej wartowni wyleciało z dziesięciu chłopa i z niemałym trudem obezwładnili Fabianowicza. Skutego i związanego jak bela odwieziono ciężarówką do więzienia.

Przed porucznikiem Kwiecińskim nadal merdaliśmy

 

28

ogonkami, ale już nie tak. Pragnęliśmy woj­ny, by w pierwszym starciu uderzyć w niego salwą. Czuliśmy obrzydzenie przy pucowaniu do połysku niemrawych gratów. Znajdowaliśmy dzie­cięcą radość w majstrowaniu kordzików z kawałka zwędzonej stali. Wszystkie gnaty z kotła, pasują­ce na oprawki, były już zamówione. W miasteczku wykupywaliśmy grzebienie rogowe, najróżniejsze ozdóbki z kolorowych mas i układaliśmy z nich miłe dla oka warstewki. Kordziki z wychyloną, pstrą rękojeścią nosiliśmy w lewej kieszeni spod­ni. Piotruś chodził z nim nawet po Warszawie jak oficer, kordzik dyndał mu na udzie. I my odbie­raliśmy swoją porcję chwały na urlopach. Każdy był przynajmniej strzelcem pokładowym i choć raz posłużył się spadochronem. W najokrutniejszych sztormach pędziliśmy hydroplanami we współdziałaniu z flotą. Samym pojawieniem się odpędzaliśmy dziesięciokrotnie silniejszą flotę hitlerowską. Mówiąc prawdę wyrządzilibyśmy krzywdę uwielbiającym nas szczurom lądowym z Poznania czy Łodzi.

A jednak byli to dobrzy chłopcy i z takim wyobrażeniem służby szli na ochotnika.

Nie byliśmy marynarzami ani lotnikami. Przez krótkie lato mieliśmy napad zwariowanych letni­czek, bo Kaszubki nie dawały brać się na mundur. Dla nich byliśmy jakimiś przebierańcami. Wzdy­chaliśmy więc do końca służby; w moim roczniku nie było ani jednego kandydata na zupaka.

Najprzyjemniejsze chwile były po kolacji, kiedy odbijaliśmy jak najdalej od koszar.

Pędziłem z umywalni na łeb i szyję, ubierałem się jak podczas alarmu.

— Na służbę żebyście się tak spieszyli — wymawiał mat.

29

— Och, my też — udawał gorliwca Aluś.

— Aluś, „biustonosz!” — wołałem.

Odwracałem się do niego plecami i stawałem swobodnie. Z czuciem zawiązywał mi tasiemki, potem ja jemu. Chichotaliśmy przy tym trochę. Nie podobało nam się babskie zamocowanie koł­nierzyka. Za to w spodniach bez rozporka, no­szonych bez paska, mocno opiętych w pasie, czu­liśmy się lekko jak toreadorzy. Ostatnie spojrze­nie na mundury. Poprawialiśmy najdrobniejsze szczegóły, by przedrzeć się przez sito wszystko-widzących oczu naszych władców.

Po odmeldowaniu się u podoficera służbowego wpadaliśmy w cug. Dopiero daleko za bramką zwalnialiśmy kroku i uśmiechaliśmy się. Tu już nie groziła nam dodatkowa praca, służba czy warta.

Ruszyliśmy. Odrzuciliśmy napiętą czujność ciągłego pilnowania się. Byliśmy wolni. Wypatry­waliśmy jeszcze oficerów, by minąć ich przykład­nie. Z wyjątkiem Kwiecińskiego nie byli już straszni. Z radością przyjrzeliśmy się pierwszej napotkanej kobiecie i pierwszym swobodnym cy­wilom.

— Chodźcie, funduję piwo — zaprosił gestem Piotr.

Jego stary miał dwie duże barki na Wiśle. My nigdy nie dostawaliśmy paczek, a żołdu nie star­czało na proszek do zębów i Erdal.

Nie smakowało nam cierpkie piwo w knajpie u Budzisza, ale miny mieliśmy jak przystało. Tyl­ko Piotr stał na rozwartych nogach jak na pokła­dzie. Niedbałym, ułożonym ruchem podnosił wiel­ką bombę do ust. Nie spieszył się. Oddmuchiwał piankę, smakował i pił. Kupił paczkę dobrych

30

papierosów. Zapaliliśmy. Sam zwykle nie palił, ale przy piwie pasowało. Wydmuchnął wielki dym i skrzywił się.

— Strasznie w tym Pucku. Spojrzało na nas kilku zasmolonych rybaków kaszubskich. Przylegająca jadalnia była pusta.

— Dobrze byłoby w knajpie, gdzieś w Bordo czy w Barcelonie — wtrąciłem.

— Tam są tawerny — poprawił Piotr.

— Jak śpiewają, a jak tańczą z kastanietami…

— I każdy marynarz ma swoją dziewczynę. To jest życie!

— I każda jest bardzo elegancka i bardzo…

— Znowu zaczynasz, ślimaku?! — zgromił Alusia. — Chodź — zwrócił się do mnie. — Przygada­my Mery.

Była to rosła dziewa o słomianych włosach i słupkowatych nogach. Ślepia skrzyły jej się tak bardzo, że aż przechodziło nas mrowie, a z ofi­cerów opadała godność.

— Najlepiej samemu. Tylko śmiało! — krzykną­łem za odchodzącym na czaty.

Z Alusiem skierowaliśmy się na brzeg. Długa promenada miała pustkę śmierci. Nagie drzewa koloru zardzewiałego żelastwa i trochę suchych liści na żywopłotach. Zatoka jak z ołowiu i takie niebo. Z wody tchnął przenikliwy ziąb. Spowiła nas mżawka, lepiąca się do mundurów. Postawi­liśmy kołnierze kurt i zasadziliśmy ręce w kie­szeniach. Ani śladu łodzi, ani głosu syreny, tak jakby statki nie istniały. Zeszliśmy na ścieżkę i brnęliśmy coraz dalej i dalej, jak dzieci uciekające z nielubianego domu. Zatrzymaliśmy się na wysokim brzegu pod Rewą. Wyprostowaliśmy się, strząsnęliśmy wodę z twarzy. Ogarnęło nas zwąt­pienie. Należało poddać się i wracać do koszar.

31

Kiedy wewnątrz  ogarnęło nas zimno, zaczątek śmierci, powiedziałem:

— Pomyśl Aluś, teraz, w tej chwili, w południowych krajach jest ciepło, a przy równiku dużo słońca, zawsze gorące słońce.

— Przydałoby się trochę słońca. Myślę, że nie byłoby mi nigdy za gorąco.

— Na wyspach Pacyfiku żyją sobie dzikusy. Mają jadła w bród, mają piękne kobiety, zawsze chodzą nago i nigdy nie jest im zimno.

— Chciałbym być dzikusem — cieszył się Aluś.

— Tysiące statków żegluje po świecie. Mijają wyspy koralowe, na tych wyspach rosną palmy.

— Palmy… — westchnął Aluś.

— Na pewno jest teraz gdzieś straszny sztorm, tornado, cyklon czy najgorszy z nich tajfun. Za­łogi walczą o życie. Na pokładach wszystko zdruz­gotane. Potem wszystko uspakaja się i z połama­nymi masztami wpływają do portu.

— Można utopić się.

— Nie tak łatwo. Radio woła S-O-S. Żaden ka­pitan w najgorszy sztorm nie zawaha się skiero­wać swojego statku na ratunek.

— Marynarze zawsze trzymają się razem — uśmiechnął się, jakby mówił o rodzinie.

— Są też pasy, szalupy. Tratwy nie toną, tylko trzeba trzymać się dobrze. A potem przesiada się na inny statek.

— Niektórzy topią się.

— Co, boisz się?

— Nie — strząsnął głową.

Mówiłem mu o cudach tropików, o egzotycznych ludziach, romantycznych Arabach, a Aluś słuchał. Nie widzieliśmy szarugi obumarłych pól i ponu­rej wody. Zaczęło ściemniać się. Na skórze grzbietów

32

czuliśmy zacinający deszcz.  W końcu  roześmialiśmy się  głośno,   zawracaliśmy.

Na rynku, pod okapem balkonu, zobaczyliśmy Piotra.

— No co? — zawołałem.

— Pojechała z błyszczącą nędzą, z oficerem na motocyklu.

— Też powinieneś sobie kupić — podmawiał Aluś.

— Jego razem z motocyklem. Zła ich mać! — Bluznął z hardością młodziutkiego burżuja.

— A Mery? — zaśmiał się Aluś.

— I ją też — odpowiedział z pewnością siebie.

— Chodź z nami! — zawołałem.

— Poczekajmy, będą wychodzić z kina.

Zostawiliśmy go samotnego na czatach i po­szliśmy do koszar.

Zima pędziła w mokrych szarugach, potem cwałowała po lodzie w zamieciach. Stale pędzono mnie na warty. Miałem dużo roboty po­rządkowej. Chowałem się jak mogłem, ale zawsze byłem na widoku. Kiedy nie mogłem już wytrzy­mać, szedłem do kicia na ścisły. Wtedy, wieczo­rami, słyszałem głos Alusia: Jesteś? Odpowiada­łem cicho i z prawej strony wpadały do blaszane­go kosza owinięte w papier kromki chleba, kawałki kiełbasy i kilka gazet, zwinięte w rolkę i przewiązane sznurkiem. — To od Piotrusia — mówił jeszcze i skakał z jego ramion.

— Trzymaj się, chłopie, aby do wiosny — wołał czasem Piotr, a Maksio stał na rogu, by wszystko było w porządku.

Były to jedne z najradośniejszych chwil i wio­sna nie była już daleko, a z nią koniec służby. Wchodziłem więc na podstawiony pod okno ta­boret. Przekładałem rękę przez kratę, wyciągałem

33

z blachy znajomy drut i rozpłatałem siatkę. Wybierałem drobne zawiniątka i zaplatałem siatkę na nowo. Najadałem się wtedy do syta i popija­łem wodą. Na drugi dzień, od świtu, było czyta­nie. Nie mogłem pojąć odwagi Alusia. Zawsze był taki uległy, bał się na pewno, a jednak…

Wychodziłem z paki uspokojony. Chłopcy byli mi przyjaźni, tylko prymusi trzymali się z da­leka. Twardniałem, ale w najgorszych chwilach uśmiech sam wciskał się na twarz.

Kiedyś przy raporcie kapitan Kołodziejczyk wbił swoje oczy w moje i jednym tchem wyrzu­cił jak odkrycie:

— Te twoje oczy, gdybyś mógł, spaliłbyś tu wszystko!

Nie mogłem nie uśmiechnąć się, ale odpowiedziałem spokojnie:

— Nie zrobiłbym tego, przecież to także moje!

Oficerowie spoglądali na mnie jak na parszywą narośl na ich szlachetnym posłannictwie narodo­wym. Patrzyłem prosto, nie byłem przecież gorszy od nich. Nie zrobiłem nic, czego mógłby wstydzić się mój ojciec. Wyrzucono mnie ze Szkoły Lotni­czej, ale nie za złe latanie. To już była inna spra­wa, która przyszła stamtąd z tajną opinią, o któ­rej wiedzieli wszyscy, choć nie mówili o niej między sobą.

Na spacery chodziłem sam, czasem z Piotrem uganialiśmy się za Kaszubkami. Aluś ciągle był na hamowni przy remontach i generalnych pró­bach silników. Brał służbę, by nocą wkuwać me­chanikę. — Zwariował chłop — kpił Piotr — przecież poczciwina nie nadaje się nawet na pod­oficera!

Aluś nie gniewał się, uśmiechał się i robił swo­je. Zima schodziła topornie, aż w końcu zeszła.

34

Byliśmy na wylocie, z wielkiej radości łamał się pruski dryl i niektórzy z nas szli do paki.

Pod koniec marca, razem z Alusiem pełniliśmy wartę przy prochowni w Swarzewie. Chodziłem z karabinem tam i z powrotem po wysokiej skar­pie. Dniało już, gdy doszedł mnie szmer, to Aluś wychodził z wartowni. Podszedł blisko i powie­dział:

— Dowódca zdrzemnął się.

Przytaknąłem znużonym ruchem głowy, wszyst­ko dobrze.

Szedł wschodni powiew, z nim siarczysty mrozik. Uniosło się słońce, świetliste aż oślepiające. Wstawał ciepły, wiosenny dzień. W lekkim, su­chym powietrzu była świeżość i radość. Przyglą­daliśmy się w niemej zadumie, ale wewnątrz nas wszystko drgało.

— Jeszcze tylko tygodnie — wymówił Aluś.

— Tak — odpowiedziałem głośno, by przełamać zdziwienie.

Przy trzcinach w lodowatej wodzie raźno uwija­ły się kaczki. Z dala od nich nieruchome łabędzie w dostojnym zamyśleniu.

— Czy myślisz wracać do domu? — zapytał prawie szeptem.

— Po co, na tę bidę?

— Co myślisz robić?

— Zostanę w Gdyni i na statek.

— Myślisz,  że dostaniesz się?

— Nie mam innej drogi.

— Ja też nie mam po co wracać. — Słowa z trudem przechodziły mu przez usta.

— Idziemy razem — rzuciłem głośno.

— Razem — powtórzył bez namysłu i najserdeczniejszy uśmiech rozlał mu się po twarzy. Ze Swarzewa wracaliśmy w słoneczne popołudnie

35

z marszowym śpiewem przy wtórze sosen. Chciwie oglądaliśmy wszystko przed ostatnim spojrzeniem, z radosną świadomością, że mamy całą dobę na odpoczynek.

Nie ukrywaliśmy naszego zamiaru. Do mnie zresztą pasowało wszystko nieobliczalne, ale Aluś… Tego nikt nie mógł pojąć. Wszyscy pragnęli tego samego, ale jak przejść granicę wielkiej wody? Za nią był nieznany, wielki świat, zmienny i wro­gi. Zupełna samotność, zdanie się tylko na sie­bie. Wszyscy z eskadry, choć nie bardzo chcieli, wracali do domów, a tam — „jakoś to będzie”.

W połowie kwietnia wydano nam nasze zleżałe i zatęchłe cywilne ubrania. Przebieraliśmy się szybko. Każdy wyglądał, jakby wyszedł psu z gard­ła. Piotr w przysłanym, jasnym ubranku znowu poczuł się warszawiakiem. Tylko ci, co wysłużyli belki, nie pozbywali się mundurów. Ostatnia zbiórka. Kiedy patriotyczne pożegnanie dowódcy eskadry zaczynało się przeciągać, gdzieś z tyłu usłyszeliśmy Jankowskiego:

— Mamy dość tej  zabawy.

Głośny śmiech i szybkie zakończenie.

Starannie zwijaliśmy z Alusiem przechodzące na naszą własność mundury, ułożyliśmy wszystko w brezentowych workach i spięliśmy kłódkami. Worki zarzuciliśmy na plecy i wśród radosnych pohukiwań wyszliśmy z koszar. Idąc z lotniska kapitan Kołodziejeżyk uśmiechnął się znacząco.

— No, no, udało ci cię gładko — powiedział ze zdziwieniem.

Jawnym śmiechem przyznałem mu rację. Mia­łem przecież podzielić gorszy los.

— Szkoda Fabianowicza — rzuciłem otwarcie. Kapitan stężał, po chwili odszedł.

36

— Chodź szybko — pociągnął mnie Aluś. — Jeszcze cię zamkną.

Z worami na plecach skierowaliśmy się na stację wśród nieprzerwanego korowodu takich jak my cywilów. Mijani przechodnie po raz pierwszy nie wydawali nam się obcy, Kaszubki oglądały się za nami, a Mery z balkonu jarzyła się w uśmie­chu. W ostatniej chwili wpadliśmy do pociągu.

Szybkość zawsze była moim żywiołem, ale teraz nie podobała mi się. Może w tym diabelskim pę­dzie lecę na swoją zagładę?

Pomykały stacyjki, zbliżała się Gdynia. Prze­rażała mnie jej wroga obcość. W wojsku miałem stu władców, ale było jadło, ciepłe legowisko i przyodziewek. Teraz byłem wolny od tego wszyst­kiego. Przerażała mnie taka wolność. W domu byłoby bardzo nędznie, ale byli ojciec i siostra, a z nimi strasznie miło. Byłby znów KZM, a może i partia, i więzienie jak u większości kolegów. Uciekałem od tego. Nie nadawałem się na boha­tera. Świat z przeczytanych książek był piękny, pragnąłem obejrzeć go.

Aluś był uśmiechnięty, ufał mi, w ten sposób czułbym spojrzenie brata, gdybym go posiadał. Mogliśmy nie rozmawiać, czułem go w sobie. To ja namówiłem go przecież, opowiadając różne cuda. Nie mogę go zawieść, nie mogę powiedzieć, że się boję, że wracamy do domu.

Zaniosłem się głupim śmiechem.

— Co, co? — pytał Aluś.

— Myślałem o Piotrusiu — łgałem wstydliwie.

— Jutro będzie paradował w mundurku i z kordzikiem po Warszawie.

— Dobre chłopisko.

— Tak.

— Przydałby się nam Fabianowicz.

37

— Za duży zuch.

— Z nim można wszystko, byle nie na udry.

Byli przeciwieństwem. Fabianowicz porywał sobą wszystkich, Aluś zjednywał ludzi dobrą ustępliwością.

Na stacji w Gdyni hulał zimny wiatr. Włoży­liśmy kurty i zostawiliśmy wory w przechowalni bagażu. Na ulicy pochłonął nas tłum. Ludzie za­jęci sobą pędzili gdzieś. Przedarliśmy się do Świę­tojańskiej i w samym środku miasta zobaczyliśmy wysoką górę. Wdrapaliśmy się na nią, usiedliśmy. Trochę z prawej, jak na urągowisko, bieliły się zbytkiem jachty. Z przeciwnej strony elewator i mostki statków, wychylające się zza magazy­nów: czarna ciżba w chmurze pyłu, ładująca węgiel przy najbardziej wysuniętych nabrzeżach. Na redzie z dziesięć statków i jeszcze idące zza kosy Helu. Za nią tajemniczy horyzont, rzucający urok nie do odparcia.

— Tam są te kraje, o których mówiłeś — wy­szeptał Aluś.

— Łatwo mówić, lecz jak przejść?

Aluś uśmiechnął się, jakby same słowa miały dla niego niemałą wartość.

Tuż pod nami duże miasto, tysiące białych do­mów, dla nas żadnego kąta.

— Ile masz pieniędzy? — zagadnął Aluś.

— Złoty i osiemdziesiąt groszy. Ostatni żołd. A ty?

— Pewno ze cztery złote. Latem moglibyśmy spać na plaży. Noce jeszcze zimne.

— Gdzieś tu jest Dom Marynarza.

Zbiegliśmy z góry. Od pierwszego, napotkanego oficera dowiedzieliśmy się, gdzie jest Dom. Znaleźliśmy. Błyszcząca emalia na drzwiach i oknach, udywaniony hol. Musimy być członkami Związku

38

Marynarzy, by móc zamieszkać — powiedział kierownik. Popędziliśmy do Związku. Przedstawi­ciel w okienku mówił, że wpierw musimy być na statku. Nawet do rezerwy nie może nas zapisać, i tak jest za duża — powiódł oczami po bandzie obszarpańców.

— Co możemy robić? — zapytałem naiwnie. Wzruszył obojętnie ramionami. Zawtórował mu wisielczy śmiech czekających na statki.

— Możecie zapisać się do Strzelca Morskiego — odezwał się ktoś z ponurym sarkazmem.

— U tych łamistrajków przyjmują wszystkich szczeniaków.

Aluś ciągnął mnie ku wyjściu. Nie chciałem uciekać.

— Nie jesteśmy z tych — odpowiedziałem. Podszedł do nas drab o złych oczach. Spodzie­waliśmy się najgorszego.

— Sami musicie sobie znaleźć — mówił z twar­dą życzliwością. — Najlepiej na blinda. W obcych portach, o statek łatwo.

Po tej końskiej radzie wyszliśmy w przyjaznych uśmiechach. Byliśmy przerażeni tym, co nas czeka. Nie chciało nam się mówić o tym. Poszliś­my do portu.

Przy najbliższym nabrzeżu stał „Kraków”. Wzdłuż burty pełno łazików, spoglądali ostro uważnymi oczami zgłodniałych psów. Na trapie przehandlowaliśmy nasze kurty. Aluś za swoją, niemal nową, wziął trzydzieści złotych, ja za moją podniszczoną piętnaście. Wesoło ściągnęliśmy je ze siebie. Nieśmiało wspomniałem o jedzeniu. Chłopcy przeciągnęli nas obok pilnującego Argusa i zaprowadzili do messy. Napychaliśmy do syta zimne mięso z obiadu. Pytano nas o mundurowe łachy z Marwoju. Lubili wełniane, błyszczące

39

sukno. Kazali jeszcze coś przynieść, a na drogę obdarowali konserwą rybną i kostką masła.

Wiatr przewiał swetry, zimno lizało po grzbie­tach, ale parzyło nas mięso w żołądkach. Pędzi­liśmy na kraniec miasta, aż pod las. W ostatnich kamieniczkach pytaliśmy stróżów o jaką budę. Zamiatająca baba zaprowadziła nas do maleńkiej rupieciarni w suterenie.

— Dziesięć złotych tygodniowo — powiedziała jak z łaski.

Ucieszyliśmy się, popędziliśmy po nasze wory. Wróciliśmy wieczorem. Po omacku zeszliśmy do naszej nory. Absolutna ćma i zbutwiały smrodek. Pokazała się mielązgająca, maleńka naftówka.

— Naftę sami będziecie kupować — powiedzia­ła babunia i odeszła.

Na posadzce worek i wsparty o ścianę stół na trzech nogach. Przystawiliśmy do niego dwie skrzynie ze spiętrzonego rumowiska, zjedliśmy konserwę. Z worów dobyliśmy zimową bieliznę, włożyliśmy na siebie i buchnęliśmy się na żelazne łóżko. Kilka słów na następny dzień. Kocyk nie grzał, ale nie było nam zimno. Przytuleni do sie­bie zapadliśmy w sen.

Trzymaliśmy się portu. Całymi dniami łaziliśmy od statku do statku. W kilku angielskich zdaniach pytałem, czy potrzebują kogoś na dek, do hotelo­wej czy do maszyny. Zawsze była odpowiedź — no. Jeśli gdzieś trzeba było jednego, zlatywało się stu. Zawsze za późno. Trafiali się jednak szczęś­ciarze, potem tylko wieść niosła między nami, że taki a taki „Grek” czy „Skandynaw” zamustrował jednego czy dwóch.

W południe czyhaliśmy, by wedrzeć się na jaki statek, ale kiedy marynarze wychodzili z messy, byliśmy spychani przez głodniejszych. Na czas

40

postoju każdego statku jakiś łazik opanowywał messę, robił bakszaft za żarcie, a drugie tyle wy­nosił wieczorem. Jeśli był pracowity, sprzątał za­łogowe kabiny za „amerykany”, potem łatwo opy­lał je każdemu przyzwoicie ubranemu. Bardzo ce­niliśmy to zajęcie i często wynikały bójki o nie. Czasami policja pędziła nas, robiła obławy, ale pierzchaliśmy sprytnie, rozłaziliśmy się jak wszy.

Któregoś dnia spotkaliśmy Brandta, mego znajomego i krajana z Łodzi. Był bez statku, ale przyzwoicie ubrany i z czarną Cymą na ręku. Opowiedziałem mu o naszych staraniach. Przyznał, że tu beznadziejnie. Za dużo kundów. Radził Gdańsk — przez tę dziurę można przeleźć. Zapy­tał, czy nie jesteśmy głodni. Zaśmialiśmy się — dawne czasy, kiedy nie byliśmy głodni. Pociąg­nął nas na najbliższego „Szweda”. Z największą swobodą szedł pierwszy po trapie, my za nim. Wachtującego Argusa zupełnie nie zauważył. Po­zdrowił i zagadał po angielsku przechodzącego po pokładzie szturmana. Obaj wybuchnęli śmie­chem. Jak przedstawiciel Kompanii wyminął Ar­gusa z gestem pozorującym chwytanie, dokumentu w kieszeni. Skinął na nas, szliśmy za nim na rufę. W messie podpitym chłopakom rzucił fa­miliarne pozdrowienie w ich języku z wylewą słów, już klepali się po plecach.

Rozsiadł się i mówił do nich, przeplatał nie­mieckim, angielskim, o wódce i dziewczynach. Na stole pojawił się obiadowy poczęstunek. Odsu­nął go dla nas z zachętą: — Wpieprzajcie. — Przyniesiono dla wszystkich. Jak z łaski jął się jedzenia i mówił z pełnymi ustami. Oglądał ze­garki na rękach Szwedów i doradzał, za ile mają sprzedać, by nie dać się wystrychnąć na dudka. Kiedy podjedliśmy dobrze, powstał. Umówił się

41

jeszcze ze Szwedami na popijawę w knajpie. Wyszedł, za nim my. Przy magazynie zaśmiał się serdecznie i pożegnał nas.

Spoglądaliśmy za nim jak dwie sieroty. Spotykaliśmy go jeszcze, ale nie czepialiśmy się. Na pewno miał ważniejsze sprawy — kupował, sprzedawał, może waluta? Był arcyłazikiem. My z chłopską jednoznacznością chcieliśmy tylko na statek.

Najczęściej były dni, że od śniadania do wie­czora nie mieliśmy nic w ustach. Kupowaliśmy kilogram najczarniejszego chleba, górę świeżych, wędzonych szprot i robiliśmy sobie biesiadę na plaży. Pokazywały się gwiazdy, morze podcho­dziło do samych stóp. Marzyliśmy o portach, gdzie łatwo o statki, o szczęśliwych krajach, gdzie nigdy nie jest zimno.

Do naszej nory szliśmy niechętnie. Gdyby choć raz weszła do niej ładna dziewczyna, ileż zosta­wiłaby po sobie uroku i ciepła! Kiedyś, wieczo­rem, byliśmy w knajpie u Piątka, nawet samotne dziwki nie dostrzegały nas. Wiedziały doskonale, że stać nas tylko na małe piwo. Mieliśmy zupeł­ną swobodę także od najgorszych ulicznych z Świętojańskiej. Przyzwoite i ładne dziewczyny były w odległości gwiazd.

Poszło drugie dziesięć złotych za budę. Byliśmy coraz bardziej głodni i brudni, a woda w morzu ciągle jak lód. Dwa razy skoczyliśmy do Gdańska. Legitymowała nas tamtejsza policja, a szczeniaki w mundurach Hitlerjugend urządzały sobie drwi­ny. Na pewno rzucaliśmy sobą wyraźny cień na tamtejszą zamożność. Nasuwała się myśl o blindzie, wychodziły nieśmiałe słowa. Statek był dla nas rzeczą nieznaną, nie umieliśmy nawet porządnie

42

chodzić po nim. Jedno było pewne: legalnie nie zamustrujemy.

Wśród łazików gruchnęła wieść, że za dwa dni przychodzi „Batory” z amerykańskimi pasażerami. Mówiono o milionerskich tipsach i o tym jak do­stać się na statek.

Popędziliśmy do Związku Marynarzy. Znajomi z poprzedniego pobytu uśmiechali się z cierpką ironią.

— Co, w Strzelcu Morskim nie chcieli was przyjąć? — zapytał chudzielec z gębą pełną śmie­chu.

— Nie chcieli. Czemu ty nie idziesz? — odcią­łem się.

Odezwał się śmiech, i nie wrogi.

— Trochę zbidnieliście — powiedział drugi.

— Wy też nie wyglądacie na burżujów.

Głośniejszy śmiech z odrobiną zdziwienia.

Odeszła mnie już poprzednia nieśmiałość. Czu­łem się jednym z nich, chociaż patrzyli na nas z góry. Byli związkowcami, w końcu muszą zamustrować, choć teraz wiodło im się niewiele lepiej niż nam.

Przy okienku zapisywano na dejmankę. Kiedy odszedł ostatni szczęśliwiec, podsunęliśmy się, by usłyszeć:

— Już nie ma miejsc.

Spojrzałem po twarzach naszych wesołych prześladowców.

— Zapisz ich, zapisz — odezwali się głośno.

Związkowiec z okienka zażądał dowodów osobistych i wciągnął nas na listę.

Wypadliśmy na ulicę radośni jak nigdy.

Niedobrze działo się z moim żołądkiem. Posiłki tkwiły w nim nie dłużej niż pięć minut. Straszny kłopot. Przestałem jeść, aby się go pozbyć. Piłem

43

trochę herbaty. Dotąd niewiele na to zważałem, ale teraz czekała mnie praca.

W mgliste rano zobaczyliśmy „Batorego”. Jakaś niepojęta kamienica-pałac. Czuliśmy tchnienie oceanów i szczęśliwych krajów. Pasażerowie trys­kali rosołem ze wszystkich porów, chrzęścili ele­gancją. Przy podziale zostałem skierowany do luku. Układaliśmy bagaż na grubą sieć, ustępo­waliśmy na boki i patrzyliśmy, jak cały hiw idzie w górę. Zjeżdżał z oczu i z dudnieniem windy opadał na nadbrzeże. Zazdrościliśmy szczęśliwcom pracującym tam, kieszenie na pewno pęczniały im od tipsów.

Rozkładaliśmy opadającą sieć i znów ładowa­liśmy skórzane walizki, otapetowane nalepkami hoteli z egzotycznych miast, brezentowe wory z solidnym zamknięciem. Zataczałem się pod nimi. Najcięższe były metalowe kufry. Chwy­taliśmy je we dwóch. Zawsze zbierałem wszystkie siły, by nie upaść pod uchwytem.

Podczas obiadu w messie załogowej z zazdroś­cią spoglądałem na opychających się kolegów. Zjadłem trochę zupy z chlebem, potem ciągle mu­siałem wyłazić na górę, aż zawołano z luku, bym już nie schodził do nich. Wziąłem szczotkę i za­miatałem pokład. Często zachodziłem do messy. Ostrożnie podjadałem biszkopty z paroma łykami herbaty. Nie było to groźne…

Nareszcie koniec pracy. Aluś miał w kieszeni cztery zielone dolarowe papierki. Radość, jakby to był skarb. Potem legowisko przyjemne ciepłe, tylko lepka wilgoć i zbutwiały zapach nie do znie­sienia.

Nazajutrz nastąpiła zmiana. Z luku poszliśmy na nabrzeże. Wyjmowaliśmy bagaż z sieci. Pasa­żerowie wskazywali swoją własność. Asystent

44

ochmistrza skreślał z listy i któryś z nas dygał ciężar do limuzyny, taksówki czy bagażówki. Brał coś w łapę i pędził po nowy kurs. Wszyscy byli niesamowicie czujni i chętni. Czasami jedną wa­lizkę  chwytało  dwóch.  Ustępował  słabszy,  bojąc się bójki po robocie. Ustanawiana kolejka ciągle była łamana. Nie podobało mi się takie marynarstwo. Najchętniej dygano walizki pięknym kobie­tom. Były trochę zawstydzone i bardzo hojne. Wy­dawało mi się to najbardziej upokarzające. Jakieś haniebne,  zupełne oddzielenie od nich.  Tu  chociaż nie pędzono mnie, zadowoleni byli z mojego frajerstwa.  Byłem słaby, ledwo dźwigałem swój cień. Po skończonej pracy Aluś wyszedł z luku i zapytał mnie:

— Ile masz?

— Nic.

Uśmiechnął się bez wyrzutu.

Pobraliśmy po dziesięć złotych za dwie dniów­ki. Po raz pierwszy od dwóch tygodni wymyliśmy się porządnie pod prysznicem na statku. Wło­żyliśmy przyniesione z sobą czyste zmiany bielizny i ubraliśmy się. Aluś podjadł w messie załogowej, ja zwędziłem kilka paczek biszkoptów i poszliśmy pomarzyć na plażę. Jednak zaczął pa­dać deszcz, musieliśmy zmykać.

I znów łaziliśmy po porcie. Robiło się coraz ciaśniej. Policjanci zaczęli nas legitymować i zapi­sywać w notesach. Przyszły deszcze i straszny ziąb.

Późnym wieczorem zziajani wpadliśmy biegiem do naszej nory. Byliśmy przemoknięci aż do grzbietu. Alusiowi udało się zapalić naftówkę. Trochę burawego światła, czarne ściany i my — oślizłe szczury portowe. Zrzuciliśmy z siebie wszystko, wciągnęliśmy wełniane ubrania mundurowe.

45

Ulewa biła kaskadami o chodnik i zaci­nała w okienko szczytem wychylające się nad ziemię. Za szybą gromadziła się woda i spływała strumieniami do środka. Położyliśmy kilka paczek na ubitej ziemi, na nich nasze worki, usiedliśmy na łóżku.

— Pozostał nam tylko blind — wymówiłem.

— To blind — głucho powtórzył Aluś.

— Nie mam odwagi.

Aluś spoglądał pytająco. Od pewnego czasu nasuwała mi się myśl, będąca jakby wyjściem z na­szej beznadziejności. Nie wierzyłem w powodze­nie, ale obolała głowa chwytała, co mogła.

— Od dwóch lat nasza „Polonia” wozi Żydów z Rumunii do Palestyny. Nie przychodzi tu wca­le. Pracuje na niej dużo obcokrajowców. Kompa­nia nie posyła ludzi, za dużo kosztuje przejazd. W Konstancy zamustrowalibyśmy na pewno.

— Daleko to?

— Z półtora tysiąca  kilometrów. Aluś szeroko otworzył oczy.

— To cholerne zimno od morza może tak trwać aż do lata i całe lato też. Jest już maj. Będziemy ciągle szli na południe, coraz więcej słońca. Ru­munia to jak południowy kraj, tam rośnie wino.

Aluś jak zawsze, uśmiechał się słuchając moich majaków.

— To pójdziemy?

— Pójdziemy — odpowiedział wesoło.

— I pomyśleć, że tu mamy statki pod nosem — zaśmiałem się cierpko.

— No co, skoro nie można… — bronił mnie.

Zrobiło nam się weselej, pozbyliśmy się kosz­maru czekającego nas blindu. W naszych rodzi­nach wielka woda zawsze była daleka, obca i wro­ga. Wstąpiła w nas radość wędrówki po twardej,

46

dobrej ziemi. Tkwił w nas jeszcze mocno atawizm przodków, w hordach depczących kontynenty. Nie słyszeliśmy ulewy bijącej o chodnik. Przed zaś­nięciem mówiłem jeszcze Alusiowi, że nareszcie napijemy się wina, mówiłem o białym chlebie i o ludziach, podobnych do Rzymian.

W biurze angażowania załóg GAL-u urzędnik podający adres Polskiego Domu Marynarza w Konstancy odezwał się:

— A na co to wam?

— Idziemy tam — odpowiedziałem.

— Koleją?

— Pieszo.

— Nogi wam w dupę wejdą — zagrzmiał jakiś ciężki zejman. Zawtórował mu chłoszczący re­chot innych.

Uciekliśmy w deszcz przed nie bardzo przyjaz­nymi kolegami. Pogoda nie sprzyjała pochodowi. Aluś chciał chociaż trochę oddalić się stąd ko­leją. Zaśmiałem się — świat mi pojaśniał.

— Zapiszemy się do Junaków! — wykrzykną­łem.

— Po co?

— W  Sandomierzu wałują Wisłę. Aluś ciągle nie kapował.

— Chodzi o kolej. To po drodze, a później dalej.

— To jazda.

Na pobliskiej poczcie znalazłem w książce telefonicznej adres biura werbunkowego obozów pracy. Poszło nam gładko, podpisaliśmy odpowied­nie deklaracje. Mieliśmy do wyboru, podróż kole­ją lub statkiem ,,Vistula”. Wybraliśmy statek.

Sposobiliśmy się szybko. Krawiec obciął nam ogromne kołnierze bluzek mundurowych i przero­bił na normalne. Na piersiach wszył zamki błys­kawiczne. Na polskich statkach sprzedaliśmy

47

wszystko, co tylko było można, wraz z marynarskimi workami. Robiliśmy to w różnych porach, by zawsze trafić na wyżerkę. Ostatniego ranka ogoliliśmy brody, założyliśmy spodenki (do diabła z gaciami!), marynarskie koszule, spodnie, swetry, wiatrówki przerobione z bluz, czyste wełniane skarpety i buty wyjściowe z fasunku. Resztę ła­chów zostawiliśmy i lekko, z wolnymi rękami opuściliśmy norę.

Podobał nam się biały statek przy nabrzeżu w Gdańsku; gdyby nie ogromne, niemrawe koła wyglądałby przyzwoicie. Był tu bar, można było zamówić przyzwoity obiad, choć to wydawało nam się bardzo drogie. Z pożyczoną z kuchni bań­ką skoczyliśmy po zakupy. Kilka bochnów ra­zowca, kostka masła i pięć litrów mleka, to było najdoskonalsze jadło na pochód. Wieczorem weszło kilkunastu pasażerów, pobrano ostatnie partie ła­dunku. Zaczęły się obracać ogromne koła jak w jakim pływającym młynie. Ruszyliśmy na po­łudnie.

Przysiedliśmy z Alusiem na występie nadbu­dówek śródokręcia. Blaszana ściana chroniła przed zacinającym deszczem z zachodu i grzała plecy ciepłem z kotłowni. Kilka elektrycznych lampek na pokładzie, jak dla dekoracji. Pełzały w czerni światła pojedynczych domów, wsi, miasteczek. Z brzegów dochodziły głosy ludzkie. Wszystko ła­godnie sunęło obok nas, a my siedzieliśmy i wy­grzewaliśmy się jak koty. Kiedy napatrzyliśmy się do syta, zeszliśmy do naszych koi, suchych, z mięk­kimi, puszystymi kocami — po dwa w każdej. Najczystsze powietrze i spokój jak na wsi, ze ściszonym odgłosem zaczarowanego młyna. Mie­szał się sen z jawą, aż w końcu pozostał tylko sen. Zbudziłem się z jasną głową. Czułem w sobie

48

wzbierającą krzepkość. Zniknął prawie trzytygodniowy koszmar Gdyni. Aluś siedział już na swojej koi i spoglądał na promiennie złoty snop, wciska­jący się przez bulaj.  Zaśmialiśmy się do siebie, wskoczyliśmy   w   spodnie.   Na   pokładzie   ciepłe słońce, rzeka, pola, cały świat w słońcu. Od wydającego   obiad   kucharza   pożyczyliśmy   mydło. Kubłem  na   lince  czerpaliśmy  wodę   zza   burty, myliśmy  się kolejno   i   wzajemnie   oblewaliśmy sobie grzbiety. Ręcznik, słońce i wiatr. Na gołe skóry wciągnęliśmy granatowe swetry z fasunku, wysoko podwinęliśmy rękawy i wzięliśmy się do przepierki   koszul   i  spodenek.   Rozwiesiliśmy  je i przywiązaliśmy do relingu na rufowej nadbu­dówce.

Aluś przyniósł prowiant. Rozsiedliśmy się zwróceni do siebie, na szerokiej, stałej ławie, w środku, na białym papierze nasz pochodowy wikt. Dobyliśmy marynarskich sprężynowych noży. Krajaliśmy razowiec, smarowali masłem, jedliśmy i popijali mlekiem z litrowej butelki. Gospodarskie spojrzenia na suszący się przyodzie­wek. Soczysta zieleń pól na brzegach. Pasażerowie byli już po obiedzie — dobre samopoczucie przy­zwoitych turystów. Trochę zdziwieni, że nie skry­wamy naszego bogactwa. Uprzątnęliśmy stół i rozparliśmy się wygodnie na oparciu. Sytość i ciepło. Zaduma czekającej nas drogi i miny, jakbyśmy płynęli do Ameryki. Gdyby wiedzieli, co z nas za ptaszki… Porozumiewawczo dzieliliśmy się z Alusiem nikłymi uśmiechami — czym to się skończy? Dodawaliśmy sobie otuchy, zapadaliśmy w drzemkę.

Nocami przystanie były zupełnie puste. We dnie — pełne ciekawych dzieci. Witały nas i że­gnały radosnymi wybuchami. Statek był dla nich

49

interesującą zabawką. Podrosłe pędraki brały się do zrzucania cum, potem biegli na wyścigi ze statkiem. Nikły głosy i zacierały się wyciągnięte do nas ręce.

W pobliskim sklepiku we Włocławku Aluś ku­pił pokaźny krąg kiełbasy. Pochłanialiśmy ją w uniesieniu, jak prawdziwe tatarskie mięso spod siodła.

— Jak twój żołądek? — pytał troskliwie Aluś.

— Zapomniałem o nim.

Z pełnymi ustami, z łechcącą w gardle śliną wybuchnęliśmy śmiechem. Trochę zdrowego powietrza, słońca, radości — i byłem zdrów. Podświadomie zbierałem psychiczne siły na długą drogę.

Do Warszawy przybyliśmy rankiem. Na twa­rzach załogi znużenie i wyzwolenie z napięcia. Mieli za sobą prawie pół Wisły.

— Długo postoimy, panie szyper? — zawoła­łem?

— Póki nie załadujemy — odpowiedział z most­ku i spojrzał na nabrzeże zawalone ładunkiem.

— Do wieczora?

— Tak będzie.

Popływaliśmy trochę. Pod prąd nic nie mog­liśmy zdziałać. Porywał nas z miejsca, poddawa­liśmy się i wpadaliśmy w prawdziwy bieg. Do statku wróciliśmy pieszo. Z wielkiego miasta, jak z ula dochodził szum.

— Może  zwiedzilibyśmy   stolicę  —   spytałem.

— Możemy.

Ubraliśmy się szybko i ruszyliśmy.

Najbardziej zadziwiał nas most. Kawał dobrej roboty, przypominający port. Ludzie kręcili się żwawo. Bogatsi mieli dostojne i ważne miny, biedniejsi jakąś skorość do drwiącego śmiechu.

50

Nie byliśmy podobni ani do jednych, ani do dru­gich i trochę było nam obco. Zacząłem zastanawiać się:

— Może spróbujemy postarać  się  o  paszporty zagraniczne?

— Możemy.

W poszukiwaniu Ministerstwa Spraw Zagranicznych pomogli nam usłużni ludzie. Sycili nas otuchą; skoro wszyscy są tu tacy, będzie dobrze. A jednak zmroził nas wspaniały gmach i mundu­rowy woźny przy szklanych wierzejach. Z miej­sca obciął, że nie pasujemy do tego urzędu. Już przy wymijaniu jakby chciał nas zatrzymać; wszedł za nami i nie spuszczał nas z oczu.

— Chodź i nie oglądaj się — wymówiłem cicho do odstającego Alusia.

Przechodząca starsza pani z miną panującej hrabiny na zapytanie o wydział paszportowy wskazała ruchem głowy następne drzwi.

Za szlifowanym szkłem litery długich napisów. Zadrżeliśmy, jak drży obłaskawiony mieszczuch przed tabliczką „Zły pies”. Na taki wypadek znaleźlibyśmy sobie dobre kije, ale tu była siedzi­ba lwa. Mój ojciec przez całe życie nie był w urzędzie. Był Bóg i jego posłaniec, ksiądz. Urzędnik był wcieleniem czarta. Być tu znaczy­łoby dla ojca tyle, co popełnić śmiertelny grzech. Wierzyłem w grzechy śmiertelne tylko wobec lu­dzi. Czułem się jednak jak przestępca. Zawsty­dzony, jakbym miał popełnić coś bardzo brzyd­kiego.

Aluś oglądał się, czy woźni nie lecą po nas. — Śmiało! — wyleciał ze mnie głos. Jemu przytakująco drgnęła broda. Nacisnąłem  klamkę,  weszliśmy do  środka.   Za ciężkim,   przestrzennym    biurkiem   starszy   pan

51

o zmęczonej twarzy przeglądał papiery, urzędniczka, jak z filmu, pochylona i uśmiechnięta mówiła coś do niego. Wielki, udywaniony pokój, na ścia­nach olejne portrety władczych głów. Ogromna, ozdobna szafa i kilka wymyślnych krzeseł przy drzwiach. Staliśmy. Aluś spoglądał na wszystko z pokorą jak w kościele. Pomyślałem, że będzie najlepiej, jeśli wszystko to powiem najważniej­szej osobie.

— Proszę — usłyszeliśmy starszego pana. Pociągnąłem Alusia, podeszliśmy bliżej.

— Chcieliśmy widzieć się z panem naczelnikiem — wymówiłem jednym tchem.

— Dziś to niemożliwe. — Matowy, zimny głos.

— Dlaczego   niemożliwe? Starszy pan drgnął.

— Ma już wyznaczonych petentów, potem konferencja.

Mówiłem, że jesteśmy przejazdem, że nie mamy gdzie się zatrzymać.

— A panowie w jakiej sprawie?

— My do pana naczelnika — jak tylko mogłem wysilałem się, by go przekonać.

— Wszystkie sprawy przechodzą przez moje ręce.

Nabrałem tchu i zacząłem mówić o naszych zamiarach. Niebywałe zdziwienie, potęgujące się z moimi wywodami. Filmowa diwa wybiegła dusząc się ze śmiechu. Szybko wróciła, nie chcia­ła stracić ciągnącej się opowieści. Za nią jeszcze jedna ślicznotka i dwóch młodzieńców. Otoczyli nas kołem. Diwa nie straciła wiele, jeszcze nie byłem w połowie. Nowi przybysze mieli ucieszne miny, jakby znali dobrze pierwszą połowę opo­wieści. Nie podobał mi się narastający śmiech

52

i oczy kłujące drwiną. Aluś poczerwieniał czystym wstydem, ja z oburzenia.

— Zajmujące — wyszeptał jeden z młodzień­ców.

— Niemożliwe. — Głos zza biurka: — Gdybyś­cie mieli zapotrzebowanie na tę „Polonię”, po­danie, kilka załączników, jeszcze trzeba by tro­chę poczekać. Tak jest niemożliwe.

— Gdybyście chcieli, dalibyście w drodze wy­jątku — natarłem.

— To uprościłoby genialnie naszą pracę — wymówił drugi młodzian.

— Jedna osoba mogłaby pełnić cały urząd. — dopowiedział starszy pan.

— Wspaniale! Wybralibyśmy się z nimi na wędrówkę — zaśmiała się nowo przybyła ślicz­notka.

— Najbardziej odpowiadał by im paszport turystyczny — głos pierwszego młodzieńca. Po chwili wesołości głos starszego pana:

— Cóż, nie opłacą…

— Nie chcecie, dlatego nie wydacie! — cisną­łem.

— Nie możemy wywracać całego urzędu… — bronił się starszy pan.

Nie mogłem znieść drwiny. W pierwszym po­rywie chciałem skląć ten nieludzki urząd, wtedy można by wyjść.

— Nie wydacie, bo nie chcecie — powiedziałem głośno. — Obejdzie się bez waszych paszportów. Z Haify przyślemy wam pocztówkę.

— Dobrej drogi — kończył przyjęcie starszy pan. Spojrzałem na niego spode łba.

— Chodź, Aluś — Ruszyliśmy ku drzwiom.

— Niech się wam powiedzie! — dobiegł nas głos ślicznotki.

53

Odwróciłem głowę, podziękowałem jej uśmie­chem.

Na ulicy Aluś zaczął głęboko oddychać jak po wielkim wysiłku. Mnie napadł zły śmiech.

— Aluś, musi nam się udać.

Mocno czułem ziemię pod stopami — na co mi urzędy. Pragnąłem tylko zniszczyć ich drwinę i stłumić śmiech. Nie miałem drobiny wątpliwości, że może być inaczej. Byłem rozjątrzony, aż drga­łem.

— Chcą, byśmy byli miejscowymi wołkami do pracy. Ale my takimi nie będziemy, Aluś.

Jawiła mi się granica i my, czający się w chaszczach. Obok wilcy-bracia, z nami wymijający stanicę.

— Wilczo, Aluś, tylko wilczo — wyszczekałem.

Błysnął białymi zębami, był wzburzony nie mniej ode mnie.

Szybko pędziliśmy na kołowiec.

Zakrzątnęliśmy się z zakupem prowiantu. Wieczorem przystań zamrowiła się ludźmi. Rozdźwięczała śmiechem, słowami, wołaniem. Im więcej wylewało się ludzkiej troski, przyjaźni, czułości, tym bardziej cisnęła nas pustka i samotność. Zrywaliśmy z tymi ludźmi, z całym ułożonym ży­ciem w tym kraju. Odrzuciliśmy ciepło naszych rodzin, zostawiliśmy je z całą ich nędzą, grajdającą się w kółko na piędzi błota. Szliśmy szukać więcej jadła, uciekaliśmy przed zimą, a także by obejrzeć uroki świata.

Koła zaczęły dudnić, zostawiliśmy podnieconą przystań.

— Jak długo jeszcze do Sandomierza? — pytał Aluś, jakby chciał to wszystko zostawić poza sobą.

— Za dwa, trzy dni.

54

Siedzieliśmy obok siebie, bark przy barku. Wszystko inne było obce.

Nasz młynek sapał parą i młócił czarny gości­niec Wisły, rozświetlony po brzegach. Sunął w coraz czarniejszą ćmę. Długo jeszcze miasto biło w niebo łuną świateł. Miasteczka, wsie aż w koń­cu zostały tylko światła boi, mniejsze od zapałek. Pokład coraz bardziej pustoszał, my zeszliśmy do koi.

Odtąd jakby miało być tylko słońce. Cały po­kład to biwak pokładających się ciał. Mężczyźni rozbierali się do spodenek. Kobiety na bosaka, dziewczyny wkładały najlżejsze bluzki i podcią­gały sukienki.

Na rufie zrobiliśmy sobie z Alusiem legowisko na rozłożonych portkach i wiatrówkach. Niskopienny las wiklin aż błyskał młodą zielenią, draż­nił nos wzbierającymi sokami. Lśniące łachy śle­piły jak śnieg, nad nimi drgające żarem powietrze. Na wąskich pychówkach rybacy w zgrzebnych koszulach podbierali więcierze, bardziej podobni rolnikom na chwilę odrywającym się od roli. Szum opadającej wody z kół, muzyka ciszy. Żad­nej chwiejby.

Zaczarowany młynek płynął jak dywanik. Słoń­ce dogrzewało, że aż parzył goły pokład. Młodzi chłopcy oblewali się kubłami wody. Wykąpać się! Niemożność kąpieli śmiesznie mnie irytowała. Z leżącej buchty wziąłem koniec niegrubej liny, opasałem się pod pachami i zawiązałem na pier­siach w nieobsuwający się węzeł. Na końcu rufy przelazłem przez reling. Aluś wolno popuszczał linę, aż znalazłem się w wartkim prądzie, jakie­go nie zna żadna rzeka. Nie obawiałem się, że lina połamie mi żebra. Nasz młynek nie znał nawet szybkości ryby.

55

— Wypuść wszystko! — zawołałem.

Odstałem o jakie pięćdziesiąt metrów. Nie było zupełnej swobody pływania, ale była radość prądu. Woda obmywała mnie jak górski potok, cisnęła, ssała, rzeźwiła ostrym chłodem. Barki pomagały jak stateczniki, sterowałem nogami. Brzegi wyda­ły mi się bardzo wysokie. Byłem sam. Coraz bar­dziej przenikał mnie chłód.

— Ciągnij, Aluś! — zawołałem.

Zobaczyłem go, jak wybierał linę. Ktoś mu pomagał, nie było lekko. Kiedy moje stery nie dzia­łały sprawnie, Skręcało mną. Szybkie szusy i zna­lazłem się przy rufie. Pierwszy pręt relingu i wy­skoczyłem na pokład. Szyper pogroził mi z most­ku. Dobrze ochłodzony ległem na pokładzie, na­siąkałem ciepłem, aż zasnąłem.

Przebudziłem się wyspany jak dzikus. Aluś ubrany już, siedział przy mnie. Drzewa nabrzeżne przesłoniły słońce. Z ziemi napływał mrok. Ubrałem się. Podjedliśmy kiełbasy z chlebem. Na rzece zabłysły boje. Z wikliny zanosił się pierw­szy słowik. Narastała noc i trele z brzegów. Gwizdy i kląskania milsze od fletów. Rozbrzmie­wały całe chóry. Niepojęte szaleństwo małych istnień, ich miłości. Odpływały, przypływały no­we.

Ogarniał nas kojący smutek, dający najcichszą, najczystszą radość. Był mądrością. Tak mało po­trzeba, by być szczęśliwym. Gdy mówią słowi­ki — ludzie milkną. Wtulone w siebie pary, owi­nięte pledami, urzeczone zachwytem. Westchnie­nia, cichutki, krótki śmiech, szczęście. Z prądem przeleciał idący blisko statek. Zaszumiał pędem, jazgotliwą muzyką z płyt. Rozświetlony, z tań­czącą ciżbą na pokładzie. Oddalili się szybko i znów podniosły się brzegowe chóry. Przenieśliśmy się

56

z Alusiem na szeroką ławę. Półsen i trele. Na wschodzie czerwieniało niebo. Ogarniało nas znu­żenie, a śpiewacy nie milkli. Zabraliśmy się do koi, by odespać bezsenną, słowiczą noc.

Znów słońce. Senna młódź i wyspani, ruchliwi staruszkowie. Pośrodku nurtu pychówka i baba sygnalizująca chustką. Koła stają, kontrują. Chłop sprawnie odpycha się drągiem od dna. Hoża, gru­ba baba chwyta za reling, przełazi zręcznie i krzyczy:

— Ostrożnie z jajami!

Śmieje się i chwyta podawane lekko duże ko­sze. Zauroczona spogląda na oddalającego się w łodzi chłopa. Sadowi się swobodnie jak kwoka.

Pasące się krowy podnoszą głowy, przyglądają się statkowi obojętnie. Jedną z nich, zażywającą kąpieli, ledwo wyminęliśmy przy śmiesznym obu­rzeniu szypra.

Kąpię się na linie. Innym podoba się to, ale nie próbują. Na pokładzie biwak rozgrzanych ciał.

Naraz maleńki wstrząs, siedzimy na mieliźnie. Marynarze biorą się do ogromnych drągów. Przywieramy z Alusiem do jednego z nich i napiera­my całym ciężarem ciał. Manewrowanie kołami, sterem, w końcu schodzimy w uciesznej wrzawie wszystkich. Ze sterówki przelatującej barki wy­latuje chłopak.

— Naniosło! Za dużą wiechą weźcie w prawo! — krzyczy, ile tchu w piersiach. — A jak tam za wa­mi?!

— Po staremu! — odkrzykuje szyper i dziękuje wzniesioną ręką.

Przechodzi coraz więcej barek. Kilkuczłonowe tratwy z potężnych pni. Na pierwszej szałas, dwóch ludzi zarabia ogromnym wiosłem. Na ostat­niej też szałas, ognisko z zawieszonym kociołkiem,

57

porozkładani flisacy. Ponurzy, skupieni, wy­męczeni każdym metrem złośliwego nurtu. Oni i Wisła to jedno, najlepsi jej wodniacy.

Do Kazimierza przychodzimy nocą. Na przysta­ni dziwni ludzie. Pstrokato poubierani, wyglądają na warszawiaków. Większość pasażerów schodzi na ląd. Rankiem maleńki, cichy Sandomierz. Ży­czymy szyprowi głębokiej wody i odrywamy się od zaczarowanego młynka.

W oknie księgarenki duża mapa Polski, jakby dla nas zawieszona. Wybieramy szlak aż do Czerniowiec. Układam go, wbijam sobie w głowę. Nie chcę mieć mapy przy sobie, nie robię zapisków, nic, co by nas obciążało w zetknięciu z policją. Jesteśmy pełni napięcia, zamyśleni. Czujemy się jak przestępcy. Próbuję śmiać się, ale Alusiowi uśmiech nie wychodzi. Jest bardzo poważny, oczy mu błyszczą jak nigdy. Senni ludzie ruszają się z nawykiem automatu i z zamkniętymi oczami. Nie przeraża nas daleka droga. Jesteśmy wypo­częci, zastali, teraz rozruszamy się.

Zatrzymujemy się na wysokim moście. Pod nami szara Wisła. Na wzniesieniu uszeregowane junackie namioty. Umundurowani chłopcy z ło­patami na ramionach idą ze śpiewem dwójkami do skarpy, tam wywrotki i taczki. Czuję w sobie jakiś niedobry ucisk. Oni ze swą naiwnością i do­brocią są w porządku, my nie.

— Może byśmy tak poszli do nich?

— Z wojska do wojska? — obrusza się Aluś.

— Nie wiedziałem, że tak tego nie lubisz.

— Mam dość.

Rozumiem teraz jego zupełną uległość, była po to, by łatwiej przetrwać.

— Może jednak poszlibyśmy do nich, Aluś? — mówię, choć nie chcę tego.

58

— Tak całe życie nie można.

— Tak. To nic nie daje.

Może istotnie żądamy czegoś, czego społeczeń­stwo nie może nam dać?

— Należy nam się statek, a jeśli nie mogą dać nam, weźmiemy sami — rozgrzeszam się.

Ruszyliśmy żwawo wyboistą, szutrową szosą. Bujna zieleń pól, dużo pszenicy. Wioski w sa­dach. Straszna chudoba zabudowań, ale ludzie nie mają wyschniętych twarzy, pooranych troskami jak na Mazowszu. Pożywiamy się, za mleko biorą drogo, ale za chleb nie chcą zapłaty. Czarny, lepki, mają go w bród. Wskakujemy do pustych furma­nek. Chłopi niby nie widzą, ale zaraz lekko za­cinają koniki, by się szybciej jechało, taki zwy­czaj. Jaka radość iść pachnącymi lasami, gdy prze­szło dwa lata dusiliśmy się w koszarach!

W południe ściągnęliśmy do Rozwadowa. Wyda­je nam się to zbyt wolno, postanawiamy skorzy­stać z kolei. Przed dworcem kilka furmanek. Ostry zapach końskiego gnoju. Za półtorej godziny po­ciąg idący do Przemyśla. By nie rzucać się w oczy, idziemy za miasto, na brzeg Sanu. Przy przystani Ligi Morskiej i Kolonialnej opaleni chłopcy na kajakach z przejęciem wiosłują w kółko. Gdyby tak mieć kajak, dostać się na Dniestr, potem na Prut, Dunaj i brzegiem morza do Konstancy! Toż byłaby radość!

Podrywamy się na wyczucie. Równo z pocią­giem wpadamy na dworzec. Nie ma kontroli bi­letów w przejściu na peron.

Pociąg ruszył. Jedziemy mniej więcej w środku zestawu z maleńkich, bardzo starych wagonów. Stoimy w przejściu, w samym tyle jednego z nich. Aluś pilnuje doczepionego za nami, ja korytarza. Robimy to jednym okiem, z nieznacznym wychyleniem

59

głowy. Dostrzegam konduktora. Pozwala­my mu przesunąć się trochę, otwieramy drzwi i wychodzimy na zewnątrz. Owiewa nas pęd. Koła trzaskają na złączach szyn. Schyleni, czepiamy się poręczy, przechodzimy do poprzedniego, już skon­trolowanego wagonu.

Znów stoimy w przejściu. Przez szparę w zaciągniętych firankach widzę bogato ubranych pasażerów. Towarzystwo nieme, obce sobie, a jed­nak szukało się wzajemnie, by nie otrzeć się o po­spólstwo. Na stacji z miejsca pod oknem wycho­dzi pan z panią. Zajmujemy z Alusiem ich miej­sca. Mrużymy oczy do drzemki. Dla takiego prze­działu konduktor ma inną miarkę i poszanowanie. Niby senni, spoglądamy po sobie przez szparki powiek. Męczymy się, Aluś więcej niż ja. Nie na­dajemy się na trampów dla samej tylko jazdy. Wszystkie głosy, spotęgowane, biją we mnie jak młot. Pociąg zatrzymuje się często. Wpadają baby z tobołami i miejscowi chłopi, cisną się w przejś­ciu. Jedzie się szybko, wygodnie, choć niedobrze. Umęczony, drętwieję na wszystko i zasypiam. Budzi mnie Aluś. Zazdrości mi, musiał się po­rządnie wymęczyć.

— Przemyśl. Dalej nie jedzie — orzeźwia mnie

dobrą nowiną.

— Konduktor był?

— Przechodził dwa razy,  ale nie zaglądał.

Objuczeni bagażami pasażerowie idą z bileta­mi w dłoniach do wyjścia. Kręcimy się trochę po peronach, bo jak tu wyjść; na jednym z peronów widzimy wywieszkę, oznajmiającą pociąg pośpiesz­ny do Lwowa za niecałą godzinę. W kiosku kupu­ję lwowską gazetę. By rozluźnić napięcie, czytam: o sojuszu Związku Radzieckiego z Czechosłowa­cją, o wielkich manewrach na Wołyniu, że Hitler

60

grozi Moskwie, o zwycięstwach Franca w Hiszpanii… Aluś nie chce gazety, myśli tylko o dro­dze.

Na peronie zbiera się coraz więcej czekających, nikniemy powoli. Nadjeżdża pulmanowski pociąg. Wchodzimy natychmiast, byle zejść konduktorom z oczu. Pilnujemy ich w biegu. Kiedy pokazuje się jeden z nich, wychodzimy na krótki stopień, przywieramy do niego rękami. Trzeba dobrze się trzymać, ściana powietrza bije twardo i trochę zarzuca. Pracujący w polu chłopi są zdziwieni.

Odczekujemy, by konduktor minął nas przy­zwoicie. Odchylamy ostrożnie drzwi, by wiatr nie wyrwał ich z rąk, i wślizgujemy się z po­wrotem. Znajdujemy przedział z bogatymi pasa­żerami, siadamy.

Pociąg pędzi, gra wysokim tonem. Gwiżdże przed stacjami miasteczek i przelatuje je. Za­trzymuje się tylko dwa razy. Pod wieczór docho­dzi do Lwowa, zwalnia i zatrzymuje się. Schodzi­my. Oddalamy się od kontrolowanego wyjścia, by nieco dalej przesadzić płot. Przez otwartą bramę wjeżdża bagażówka. Przemykamy się. Kolejarz uśmiecha się znacząco, przygląda się nam jak zna­jomym.

Pagórkowata ulica. Oddychamy swobodniej, choć daleko nam do żwawej wesołości mieszczu­chów. Jesteśmy wypoczęci. Nie myślimy o kola­cji. Nie chcemy napinać szczęścia. Na każde za­pytanie ludzie odpowiadają serdecznym wybu­chem. Dziewczyny śmieją się i zwodzą. Wygląda­ją cwanie, są dobre.

Odnajdujemy kierunek na Halicz. W maleńkim sklepiku na przedmieściu robimy zakupy. Każdy z nas trzyma w jednej ręce kromkę chleba, w drugiej kawał kiełbasy, wystający z papieru,

61

mamy pełne usta, idziemy przed siebie. Ulica przechodzi w falistą szosę. Szarzeją pola, robi się ciemno. Trochę rozmawiamy, lecz nie o spaniu. Idzie się nam raźno, tak jakbyśmy wybrali się na wieczorny spacer. Mijamy śpiące wioski, tylko psy przeprowadzają nas ujadaniem. Zaczyna sią­pić deszczyk, przyjemnie chłodzi twarze. Wpada­my w jednostajny, monotonny chód piechurów. Wschodzi słońce, parujemy jak konie, ale skorzy jesteśmy do uśmiechu.

Z prawej strony, gdzieś nie bardzo daleko, sły­chać słabiutkie dudnienie pociągów i przeciągłe, czyste gwizdy. Schodzimy z szosy, by podjeść i odpocząć. Na stacyjce dopędzamy towarowy. Skaczemy na bufory, sadowimy się w środko­wym breku.

Z podobnej budki na samym końcu nie spusz­cza nas z oczu kolejarz. Z przodu też jakiś smoluch patrzy z nietajoną złością. Jedziemy, lecz trochę wolno. Na pierwszej stacyjce zatrzymuje­my się z rumorem. Ponury smoluch chrapliwie krzyczy do stojących przed budynkiem kolejarzy. Brekowy z tyłu skoczył z przeciwnej strony i pę­dzi do nas tuż przy wagonach. Skaczemy. Odcho­dzimy swobodnie kilkanaście kroków. Smoluch z drugiej strony też spieszy do nas. Jesteśmy w nogach dużo szybsi od nich. Kiedy zwalniają, my robimy to także. Jeden z nich już się zmęczył, drugi zatrzymuje się. Stajemy. Kolejarze odcho­dzą, ruszamy i my.

— To dranie — wymawia Aluś.

— Tak. Zbierają puste wagony.

Półkolem wracamy do torów, idziemy wzdłuż nich. Ślizgamy się w rozmiękłej glinie, przywiera nam do butów. Zeskrobujemy ją ułamaną gałąz­ką, wchodzimy na tor. Sadzimy lekko. Staramy

62

się stawać na drewnianych podkładach. Trochę to męczy, potem staje się monotonne. Schodzimy z drogi kilku pociągom, idącym w obie strony. Towarowy sapie i brzęczy z daleka. Kurier poja­wił się z szumem, przeleciał z jękliwym gwizdem i zniknął. Łatwo zagapić się.

Z obu stron oddalone wioski. Maleńkie domki dróżnika z pasącą się krówką przy rowie, kilkoro dzieci i ojciec pracujący w obejściu. W południe natrafiamy na większą wieś z bocznicą. Obok niej równo w stosy ułożone dębowe podkłady. Kilku robotników zdejmuje z wózka narzędzia, dróżnik w kolejarskich spodniach i w białej koszuli mówi coś do nich.

Mówimy dzień dobry, z gębami pełnymi śmie­chu. Zza krzewów w ogródku wychodzi kobieta w małych saperkach w cholewach ma pełno ły­dek. Są zdziwieni, jakby tędy nigdy nie przecho­dzili ludzie.

— Czy możemy kupić trochę chleba i mleka? — mówię w jej stronę.

— Chodźcie — podrywa nas za sobą.

Cofamy się przed  czystą kuchenką. Porządnie czyścimy   buty.   Kobieta   przeprowadza   nas   do przyległego pokoju, sadza za stołem z wyszywa­nym białym obrusem. Przynosi duży dzban, nale­wa mleko w kwieciste kubki i radosnym uśmie­chem   zachęca   do   picia.   Jest   wysoka,   smukła i mocna. Powolna w ruchach i lekka. Stawia czubaty talerz z grubo smarowanymi masłem krom­kami, drugi z białym serem. Podaje noże. Krząta się po kuchni i przez otwarte drzwi wesoło za­gląda do nas. Niewiele starsza od nas, a czujemy się przy niej jak dzieci. Ma małą smagłą głowę, krucze włosy i niebieskie oczy. Wchodzi dróżnik

63

w białej   koszuli,  siada   z  drugiej   strony   stołu i też się śmieje. Na chwilę aż przestajemy jeść.

— Śmiało, śmiało — popędza nas. Znów  zabieramy się wilczo do  góry kromek. Podsuwa nam ser.

— Co to, wycieczka? — zapytuje z miejska.

— Wycieczka! — odpowiadam wesołym wybu­chem.

— Z daleka?

Wymieniamy spojrzenia z Alusiem. Jego twarz aż mieni się radosną dobrocią. Jak tu kłamać?

— Z Gdyni. Wyszliśmy z Marynarki Wojennej.

Jest mocno zdziwiony. Jesteśmy jacyś egzo­tyczni. Zasypuje nas pytaniami. Wchodzi kobie­ta i siada przy nim. Jest starszy od niej o jakie dwadzieścia lat, mniejszy o pół głowy. Postawny, o suchej twarzy, z orlim nosem. Ona słucha nas z ożywieniem, jak to dziewczyna, a kiedy spoty­kają się oczami — lgnie do niego.

Znów stajemy się prawdziwymi marynarzami. Kłamiemy z Alusiem jak na urlopie. Potem opo­wiadamy o naszej drodze. Bawią się dobrze.

— A teraz dokąd zamierzacie? — zapytuje ona.

— Zobaczyć Hucułów.

Aluś zmieszał się. Spogląda po mnie, jakby wy­pominał mi kłamstwo. Otwieram się, mówię całą prawdę aż do końca. Alusiowi prostuje się twarz, a gospodarzom trochę zapiera oddech. Kiwają gło­wami, aż zaśmiewamy się wszyscy. On poważ­nieje.

— Niełatwe. A może chcielibyście tu popra­cować. Będziemy podbijać tory.

— Niech idą za szczęściem. Są młodzi. — Jej , głos lekkomyślnie swobodny, ale w oczach błysk. Podrywa się i idzie do kuchni.

W  drzwiach  pojawił  się  robotnik,   dowiedział

64

się, dokąd czyścić rowy, i wyszedł. Z Alusiem wstajemy od stołu, zabieramy się do wyjścia. Gospodarz podaje nam dłoń. W kuchni dzięku­jemy gospodyni. Wyjmuję ostatnie pięć złotych i kładę na stoliku. Żegnamy ją głośnym cmoknię­ciem w rączkę, a ona dopada jeszcze Alusia w progu i wciska mu paczkę. Wołamy głośno sło­wa pożegnania i uciekamy.

Idziemy torem. Nic nie mówimy. Jesteśmy oszo­łomieni i serdecznie zawstydzeni. Nie myśleliśmy, że istnieją tacy ludzie. Widzieliśmy tylko wrogość wkoło i osamotnienie. Jesteśmy objedzeni jak bąki. W piersiach płonie mi ogień. Jestem pełen tych obcych ludzi. Wysiłek trafienia stopami na pod­kłady rychło staje się przykry, potrzeba przy tym czujności, by nie wpaść w monotonię. Polną dro­gą rżniemy do szosy. Znów niesiemy na butach zwały gliny. Zdejmujemy je, obmywamy w kału­ży, wiążemy sznurowadłami i przerzucamy przez ramię. Na bosaka glina nie przywiera tak mocno i łatwiej jej się pozbyć.

Mamy szosę. W rowie myjemy nogi i zakłada­my buty. Wpadamy w miarowy chód piechurów. Zdejmujemy wiatrówki i przewiązujemy je rę­kawami na szyi. Jest tylko słońce i ciepło. Po kilkunastu kilometrach Aluś chce pozbyć się cię­żaru, przechodzimy most, przerzucony nad strumieniem. Schodzimy w głęboki jar aż nad samą wodę i rozkładamy się na puszystej murawie. Aluś rozwija paczkę. Chleb z masłem i pokaźny kawał cielęciny. Jemy wpół leżąc, wsparci na łokciach.

— Podobałeś jej się — mówię.

— Mam i swoje pięć złotych.

— Jakim cudem?

— Wsunęła mi do kieszeni.

65

— Ale baba, prawdziwa Podolanka!

— To pewno jego córka.

— Ładna córka, z niego też nie ułomek. Tro­chę stary, musieli się kiedyś mocno kochać.

Popiliśmy ze strumyka i znów dalej. Przejeż­dża dużo fur, ale nie staramy się z nich korzystać. Trzęsą i są niewiele szybsze od nas, nie pasują do naszej drogi. Czasami mijają nas samochody. Lśniące limuzyny pędzą jak rakiety. Wzdychamy do takiej jazdy, a ręce same się podnoszą. Robi­my to coraz śmielej. Samochody ocierają się o nas, tylko gwałtowny uskok ratuje nasze kości. Lu­dzie, posługujący się nimi, traktują nas jak kury. Jesteśmy ostrożniejsi, ale nie dajemy za wygraną. Zatrzymuje się wielki, czarny wóz. Jak mali chłopcy jesteśmy trochę przerażeni tym, cośmy zrobili. Gdyby tak można uciec. Ale podbiegam wbrew sobie, otwieram przednie drzwi i mówię:

— Idziemy na Halicz. Czy moglibyśmy się tro­chę podwieźć?

— Myślałam, że coś się stało — odezwała się zasuszona staruszka z głębi wozu. Jest zdziwio­na. — Siadajcie — mówi wspaniałomyślnie.

Sadowimy się. Przy kierownicy ni to admirał, ni ambasador, ma minę, jakby prowadził białego, obrzędowego słonia w Syjamie. Spoglądam do tyłu. Zastrachany Aluś. Maleńka matrona, niedosiężna jakby nieobecna. A jednak tylko ona naprawdę tu jest. Włada nawet ciszą. Język mnie swędzi — odezwanie byłoby może grubiaństwem, a może mową do pól. Jestem też trochę zmieszany, może dlatego że tak jest przyzwoiciej i trochę chce mi się śmiać. Mkną łany pszeniczne, dorodny rze­pak, buraki puszczają duże liście. Skupiska strzech pierzchają kury i dzieci. Zegar w tarczy motoru wskazuje, że jedziemy więcej niż godzinę. Mijamy

66

wielką wieś. Chłopi zdejmują czapki, i go­łymi głowami gną się w pas. Trochę to wy­gląda, jakby kłaniali się pędzącemu samochodowi. Staruszka dostrzega ich, ze dwa razy skinęła gło­wą — wystarczy, że patrzy na chłopów. Samochód staje w szczerym polu. Dziękujemy jak wioskowi chłopi i idziemy. Patrzymy, jak samochód skręca w doskonale wysypaną tłuczniem drogę. Z obu stron kukurydza jak las, w dali wielki dwór. Aluś od­dycha głęboko, swobodnie. Pękam ze śmiechu. Idzie nam się lekko, jak nigdy w życiu.

— Ale  siedzenie! — stwierdza Aluś.

— Wygodne.

— Jak w puchu.

Uśmiechamy się dziwnie. Nasze zadki przy­zwyczajone do twardego drewna, zażyły rozkoszy. Słońce już bardzo nisko. Jest sucho i ciepło, nie tak jak nad morzem.

Podchodzimy do wsi i odnajdujemy sołtysa. Spogląda twardo i trochę pogardliwie. Mówimy, że idziemy do Stanisławowa. Wypisuje nam kart­ki noclegowe i zabiera dowody osobiste. Rozcho­dzimy się z Alusiem.

Wracam szosą, odnajduję mojego gospodarza. Na podwórzu zbija deski do nowego wozu. Płomiennorudy z podwiniętymi rękawami, w zgrzebnej koszuli, przedramiona pocętkowane piegami jak u tygrysa. Pozdrawiam go i podaję kartkę od soł­tysa. Czyta, chowa do kieszeni i znów zabiera się do roboty. Mogłem odejść. Stoję i przyglądam się. Podnosi głowę, spogląda ostro.

— Chce się panu robić? — pyta twardą pol­szczyzną.

— Pewno.

Ruchem głowy wskazuje siekierę na pieńku. Ściągam wiatrówkę i wieszam na płotku. Z wielkiej

67

pryzmy zdejmuję karcze na ziemię. Rąbię trochę z bocznym zamachem od samego dołu. Od­cinam rozgałęzienia. Odlatują za jednym zama­chem, grubsze po dwa, trzy. Dobrze trafiam w stare nacięcia. Doskonała siekiera, ciężka, ostra, o długim stylisku, zamachowo wygięta, ze zgru­bieniem na końcu, by nie było poślizgu. Na ta­kim stylisku siekiera nie jest sztywna jak cep, daje większe wyczucie. Lgnie do dłoni jak topór bojowy. Ściągam koszulę, a z pryzmy nowe kar­cze. Żywiczne smolaki ostro uderzają w nos, to krew lasu. Rozgrzewam się. Przy najsilniejszych uderzeniach chrapię sobie po chłopsku. Odrąba­ne korzenie przecinam na drobne, to już zabawa. Słychać syte porykiwania. Z wioskowego stada odłączają się cztery krowy i raźno wpadają do zagrody.

— Katia! — woła gospodarz.

Wylatuje duża i gruba dziewucha. Zapędza dwie krowy do obory. Biegnie do domu, wychodzi z ogromnym cebrem na brzuchu. Odlewa połowę do wanienki i stawia naczynie z dala jak piórko, krowy piją głośno. Grube ramiona, jak moje dwa, wsparła na zwalistych biodrach i przygląda się bydlątkom, odpędza jedno bosą nogą jak kolumna, by nie przeszkadzało drugiemu. Z krzykiem zapę­dza je do obory, słychać jeszcze, jak mocuje się z nimi przy wiązaniu. Przybiega po drzewo. Na­kłada na rękę, jest bardzo ucieszona i coś mówi po ukraińsku.

 — Co to ma być? — zapytuję ją.

Odpowiada głośnym śmiechem.

— Ona nie rozumie po polsku! — woła gospo­darz. — To jej robota. Mogą być dłuższe drewna.

Z wysokim naręczem podrywa się jak sprężyna i pędzi. Znów dźwiga cebry dla świń. Taki ciężar

68

i wszystko robi biegiem. W końcu woła na nas żywiołowo, radośnie.

Zabieram się do najgrubszych pniaków, roz­glądam się, z czego by tu wyciosać tęgi klin. Gospodarz odkłada robotę, patrzy na mnie jak na domownika i mówi:

— Starczy na dziś, idziemy jeść.

W kuchni wskazuje zydel obok siebie. Pozdra­wiam młodziutką kobietę o bardzo świeżej cerze. Stawia wielką wazę i biegnie do kwilącego dziecka. Wraca z nim i rozsiada się szeroko. Chło­pak kręci się na podołku i próbuje wstawać. Ro­dzice mówią ze sobą po niemiecku, tak samo jak ich rodzice w takich chwilach. Twardy język sta­je się miękki, tkliwy.

Dolewamy sobie gęstego żuru z dużymi skwar­kami, bierzemy chleb z masłem z kopca kromek, jemy. Katia z trudem powstrzymuje wesołość. Ciągle ją bodzie wewnętrzny chichot. Ma okrągłą jak słońce twarz, nasyconą żarem zdrowia. Bure oczy płoną żółtawo. Siedzi swobodnie, pod stołem pełno jej nóg. Ostrożnie podciągam swoje. Wszyst­ko wydaje mi się bardzo dziwne. Sołtys Polak, niemieckie małżeństwo na dorobku, ukraińska dziewka, a ja — włóczęga Polak. Niemcy po ro­dzinnej radości, łagodnie patrzą na nas. Uśmie­cham się, spoglądam na dziewczynę i mówię:

— Musi być bardzo mocna.

— Jak tęgi chłop! — śmieje się gospodarz.

Katia aż zanosi się w śmiechu, tak jakby zrozumiała. Je szybko, kończy i pierwsza odkłada łyżkę. Gospodarz coś do niej mówi po ukraińsku. Dziew­czyna podrywa się, znika, wchodzi z naręczem der, koców i mości mi spanie na szerokiej skrzy­ni. Ze swojego żelaznego łóżka przynosi jedną z poduch. Gospodarze wynoszą się ze śmiesznymi

69

minami. Siadam na swoim legowisku, nie wiem, co z sobą począć. Katia myje statki i często spo­gląda przez ramię. Jest swobodna i ciągle ten chichot.

— Spać, spać! — ośmiela mnie. Szybko zdejmuję buty, spodnie i przykrywam się kocami. Przemknęła koło mnie, wśliznęła się pod pierzynę, aż jęknęło łóżko. Jest szarówka, przymykam oczy, ale widzę, jak wiewa jej nad głową bluzka, potem kiecka, z koszuli wychylają się piersi jak pagóry. Zaciskam oczy. Słyszę, jak się układa, słyszę oddech. Coś dzieje się ze mną, że aż się boję. Układam się na brzuchu. W poduszkę wciskam twarz, biorę głęboki, długi wdech. Jawi mi się daleka droga, rozpływa, za­nika.

Rano budzi mnie trzaskający pod blachą ogień. Dziewczyna   wychodzi po wodę. Zrywam się i ubieram. Potem patrzymy na siebie trochę ła­godniej niż poprzedniego dnia. Wstają gospodarze. Po śniadaniu żegnam ich serdecznie i odchodzę. U sołtysa czeka już Aluś, zabrał nasze doku­menty. Wchodzimy na szosę. Żółtawa droga bieg­nie wesoło, nad rowami bujna zieleń zbóż. W zło­tawym  błękicie oszalałe skowronki,  słowiki na­szych pól. Przypomina nam się Wisła. Wsparci na barierce zatrzymujemy się na wielkim moście. Pod nami łuszczy się czysty Dniestr. Czujemy już inne morze. Jego władztwo wydaje nam się słoneczne i przyjazne, nie takie jak władztwo Bał­tyku. Na drugim brzegu wieżyczki   kościołów, klasztoru, zamek, trochę domków — Halicz. Scho­dzimy z mostu i kąpiemy się. Szybko obmywa­jąca, zimna woda. Czujemy się jak po chrzcie nowego obrządku, gotowi do nowych krajów. Przemykamy mieściną. Szosa przewija się jarem,

70

potem biegnie środkiem wgłębienia rozległej do­liny. Pod wieczór jesteśmy w Stanisławowie. Ła­piemy pociąg, ale spędzają nas na pierwszej stacji. Odbijamy od niej i dochodzimy do wioski już w nocnej ćmie. Gdzieniegdzie w chatynkach mielązgają jeszcze światełka. Przy szosie stoi gromad­ka chłopów, gorejące twarze w ogarkach rozjarzających się papierosów. Prowadzą ukraiński rozhowor.

— Z witki wy ?* — podnoszą się głosy na nasz widok.

— My na nocleg, do sołtysa — mówię.

— Z Polszczy — odzywa się trochę zdziwiony głos.

Otoczyli nas, przyglądają się i coś mówią do siebie. Jesteśmy niby we własnym kraju, a czu­jemy się zupełnie obco. Nasłuchaliśmy się i na­czytaliśmy o ich wrogości, że mordują siekierami. Naród najbliższy nam krwią, krzepki i żywiołowy. Naród, który o mało uwolniłby moich dziadów od wspólnej niedoli pańszczyzny.

— Panowie, musimy iść do sołtysa — odzywam się, byle jak najprędzej odejść.

— U nas nie ma panów — podnosi się głos.

— Musimy się zgłosić — obstaję przy swoim.

— U nas nie potrzeba, u nas swobodnie — mówi ktoś drugi.

— U nas demokracja, tylko u was ciągle królestwo — jeszcze ktoś inny.

— To dobrze u was — ośmielam się.

— Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie było wa­szych panów.

Wybuchają szczerym śmiechem. Potem jakiś staryk w zgrzebnych portkach i w takiej koszu­li, noszonej na wierzch, bierze nas ze sobą. W domu

* skąd wy?

71

budzi córę. Smagła dziewucha szybko stawia na ławie glinianą wazę ogromnych klusek, w drugą leje śmietanę. Przysuwa ławę i zmyka do łóżka. Maczamy w śmietanie kluski drożdżo­we i jemy, na końcu wypijamy śmietanę. Staryk widzi nasze zdziwienie.

— Dzisiaj niedziela.

Daje nam po wełnianej derce, poświeca lampą z wozu i prowadzi. W lewym sąsieku stodoły jeszcze sporo siana. Wygrzebujemy dół. Zdejmu­jemy ubrania, owijamy się derkami i kładziemy przy sobie. Na wierzch nagarniamy siana. Sta­ryk odchodzi. Jest miękko i ciepło, pachnie łąką, kwiatami.

— Dobrzy ludzie — odzywa się Aluś.

Zgadzam się. Czasami odzywają się psy, coraz senniej, aż i one zasypiają.

Budzą nas obcojęzyczne głosy, ruch w obejściu. W stodole pełno drgających krech, plam słońca. Na podwórzu uwija się i krząta liczna rodzina. Znów żur z chlebem, wylewne pożegnanie i droga. Wioska szumi porannie. Podbiegają psy, ale nie szczekają. Chciałbym tu zostać. Ludzie patrzą wesoło i gościnnie. Tak ukształtowała ich tutejsza hojna ziemia. Będą ryć, orać, zbierać z niej jadło, świata nie widząc poza nią. Wieczorem znów zej­dą się chłopi przy drodze i będą mówić o panach Polakach.

Aluś schudł. Twarz wyschła i sczerniała, tylko oczy błyszczą. To samo pewno jest i ze mną. Nie skarżymy się na żadne bóle, zmęczenie ani ułom­ności. Droga zaczyna kształtować nas. Odpoczy­wamy przy potokach. Zdejmujemy buty, myjemy nogi i moczymy w zimnej wodzie. Kiedy obsusza je słońce obuwamy się i znów droga. Nogi niosą nas sprężyście, są aż skore do biegu. Już dawno

72

minęło południe, mamy jeszcze po pięć złotych, a nie myślimy nawet o jedzeniu. Coraz bardziej wciąga nas przestrzeń. Widzimy za sobą dwóch jezdnych wiodących konie. Zwalniamy kroku. Młode koniuchy siedzą na dwóch najgrubszych ko­niach, z derkami na grzbietach, obciągniętych po­pręgami. Po obu bokach w linkach trochę odstają luzaki. Przystajemy. Śmieją nam się gęby w wiel­kiej nadziei.

— To grzech — wołam — my tu na nogach, a wy prowadzicie konie luzem!

Koniuchy śmieją się i stają.

Aluś dosiada pierwszego z brzegu konia, ja wybieram smukłą kasztankę. Prawą dłonią chwytam ją za gruby kłak grzywy tuż przed łopatkami. Kobyła skręca szyję. Nieprzyjemnie czuję jej war­gi na plecach. Zawsze byłem ostrożny wobec koń­skich nóg i pyska. Uginam nogi, w skoku pod­ciągam się ręką i już siedzę na grzbiecie. Teraz im większy czort siedzi w kobyle, tym większa będzie radość. Czuję, jak krew mnie mrowi. Ko­niuchy patrzą na wszystko, chcą się zabawić. Po kilku krokach ruszają stępa. Naddaję się miękko, wyczuwam chód. Przechodzimy w trucht, trzęsie niesamowicie. Jest trochę śmiechu. Dotykam obca­sami brzucha i w galopie wychodzę naprzód. Ka­sztanka płynie, rozgrzewa się, przechodzi w lot. Jak łatwo teraz, gdyby tak można całymi dniami! Pali mnie krew, chłodzi pęd powietrza. Z ręką na grzywie oglądam się za siebie. Ich ciężkie konie podążają z trudem i odstają coraz bar­dziej. — Hoł, hoł! — wołam. Kobyła słucha i zwal­nia. Dopędzają mnie. Przechodzimy w stępa i w chód.

Aluś prowadzi z Ukraińcami rozhowor, uśmiech nie schodzi mu z twarzy. Chłopaki zaciągają

73

śpiewnie. Kobyłka trochę strachliwa, kiedy cza­sami przejeżdżają samochody, chowam się z nią za konie, wtedy ślicznie tuli uszy i drobi nogami. Nie wyrywam się już do przodu. Z Alusiem je­dziemy w tyle obok siebie, zdajemy się na pro­wadzenie. Suniemy wolno. Kiedy tamci z przodu ruszają szybciej, nasze koniki same podążają za nimi. Zupełna swoboda. Świat z wysoka radośniejszy, szersze nad nim władztwo. Siła konia pode mną jest moją siłą. Droga nie skuwa człowieka, można lecieć ponad nią. Gdyby tak można zaje­chać na tym grzbiecie aż do samej Konstancy! Prosto, poprzez najgorsze wertepy, nasiąknęlibyśmy polami, borami, ludźmi i słońcem.

Z prawej coraz wyższe graby, zachodzące na sie­bie, spowite bujnym kożuchem lasów. Fałdzista kreska najwyższych grzbietów niknie gdzienieg­dzie na horyzoncie, sino zlewa się z niebem. Z da­leka wygląda to łagodnie, ale ile tam jest wądo­łów, jarów, stromizn — idealne miejsce na roz­bój. Kiedyś chodzili tędy Janosikowie, rycerze chłopscy, nie uznający panów ani granic.

Konie idą wyciągniętym krokiem, przywykliś­my już do ich grzbietów. I Aluś ciągle patrzy w prawo — ogromny widok spiętrzających się

gór.

— A jakbyśmy tak poszli na zbój? — odzy­wam się wesoło.

Aluś trzeźwo przeczy głową.

— A gdyby tak był z nami Fabianowicz?

— On by poszedł, ale to i tak by się źle skoń­czyło.

— A do Hiszpanii poszedłbyś?

— Tam tak — dodaje po chwili. — Ja wiem, że ty jesteś taki — i patrzy na mnie serdeczniej niż brat.

74

Czasami ruszaliśmy stępa i znów chód. We wsiach przeważnie Ukraińcy. Przypominają mi się odgłosy ich wołań o szkoły i samorządy. Za to mieli więzienia i pacyfikacje. Stąd ta wrogość do wszystkich Polaków. Ale i nam, żyjącym z pracy rąk, niewiele lepiej niż im. Gdyby tak zatrzymać się w Kołomyi i chwycić jaką robotę? Na pewno w największych skupiskach pracy trafilibyśmy na ślad KPP czy KPZU… Iść na całego w konspi­rację, bez reszty przygotowywać świadomość mas, organizować ją i przy narastających dobrych warunkach przejść do rewolucji. We wspólnej walce o wolność zniszczyć wzajemną wrogość!… Wydaje mi się to tak piękne, że aż olśniewające. Ale za­raz jawi się Rumunia, słoneczne kraje i świat toczący się przed naszymi oczami, radośniejszy i łatwiejszy. Wiem, że go wybiorę, dlatego czuję się winny i nędzny.

Słońce nisko nad górami, spływa z nich i zacho­dzi. Napływają skłębione chmury, przelewają się po niebie. Z końskiego grzbietu prawie nie widać drogi, ale koniki nie potykają się, idą gładko.

Koniuchy zatrzymują się, podajemy im linki i schodzimy z grzbietów. Kilka okrzyków podziękowania, pożegnanie i zaraz nikną na polnej drodze.

Przez chwilę stoimy z Alusiem na szosie. Zu­pełna ćma i głusza. Ruszamy wolno kaczym cho­dem, trochę nas bolą zadki. Przechodzi. Coraz bar­dziej wyciągamy i przyspieszamy kroku. Myślę o spaniu i Aluś też, ale nie mówimy o tym. Jest czarno, pusto i późno. Zaczyna padać deszcz. Prze­chodzimy w bieg. Musimy trafić jakieś porządne drzewo o gęstych liściach. Suche ubranie — to ciepła noc. W silniejszych podmuchach spada ule­wa i z miejsca omywa nam skóry. Zaprzestajemy

75

biegu, bo i po co? Z prawej, na wznoszącej się pochyłości ciemnieje nareszcie las. Ulewa ślepi nas, nie ma co mocować się ze ścianą wody. Wchodzimy w gąszcz. Mokre kiście biją, drapią po twarzy. Brniemy jak ślepcy z wyciągniętymi przed siebie rękami. Gęste chaszcze przebywamy na czworakach. Natrafiamy kilka świerków. Wy­bieramy środkowy, gruby jak pagoda, ze strze­chą gałęzi niemal do ziemi. Jest pod nim cicho, tylko górą szumi deszcz. I igliwie pod nim suche, zgarniamy je, ile się da. Kładziemy się blisko siebie i otulamy ściółką. Jest zupełnie cicho, tylko górą grzmi nawałnica, aż drzewa jęczą.

O kilka kroków rozlega się trzask gałęzi. Sia­damy. Aluś dobywa z kieszeni marynarki, sprę­żynowy nóż, otwiera go. Robię to samo. Znów niepokojący trzask. Podrywamy się i idziemy schyleni, jeden przy drugim. Zdaje się, że prze­szliśmy to miejsce, zatrzymujemy się i nasłuchu­jemy. Żadnego szmeru, tylko górą dmie wiatr.

— Co to mogło być? — mówię szeptem.

— Nie wiem — odpowiada Aluś.

— Chyba nie człowiek.

— Chyba nie.

— Może zając — ciśnie mi się śmiech.

— O, nie. Mógł być dzik.

Skóra jeży mi się na grzbiecie, jest w tym bojaźń, i pełne zdecydowanie na wszystko. Po kil­ku minutach wracamy z powrotem do swojego legowiska, które zabraliśmy jakiemuś zwierzowi. Chowamy noże, wtulamy się w siebie. Próbujemy spać, nie udaje się. Od pleców i grzbietu Alusia nie przenika ani odrobina ciepła. Jesteśmy dobrze zziębnięci. Byłoby lepiej, gdybyśmy podpalili ogień.

76

— Przydałyby się zapałki — szepcę mu do ucha.

— Przydałyby się — odpowiada z wyrzutem.

Za bardzo ufamy naszemu końskiemu zdrowiu, swej wytrzymałości. Zapadamy w odrętwienie na granicy snu. W głowach huczą rozdzierane wi­chrem konary. Coraz bardziej zapadamy w kojącą nieczułość na wszystko, ale zasnąć jednak nie można. Deszcz coraz mniejszy. Otwieram oczy, z boku trochę prześwituje niebo. Siadam. Przy­siada i Aluś.

— Idziemy — mówi zdecydowanie.

— Tak, rozgrzejemy się.

Wstajemy, przedzieramy się do szosy.

Ruszamy się jak na szczudłach. Z każdym kro­kiem ciała nabierają giętkości. Przyspieszamy kro­ku, wpadamy w bieg. Nareszcie ciepło. To nic, że pada deszcz. Niech pada, nie jesteśmy z cukru.

Na wschodzie coraz jaśniejsza siność. W reflektorach przelatującego samochodu migotliwa kaskada deszczu. Coraz widniej, wreszcie nastaje chmurny dzień. Mijamy śpiącą wioskę. Wydaje mi się, że jesteśmy jak śmieszne Janosiki.

Chwilami pokazuje się ciepłe słońce. Przestaje padać. Buchamy parą jak konie.

Spotykamy dziwną gromadę. Zatrzymujemy się w samym jej środku i przyglądamy się z uciechą. Trochę młodsi od nas chłopcy odziani w czystą czerń. Na głowach mają maleńkie jarmułki, jed­wabne chałaty. Spod przykrótkich, wąskich spod­ni wyglądają białe skarpetki. Doskonałe kamasze z uszami na wierzchu. Wypuszczone, obszerne, białe szale z czarnymi, kabalistycznymi szlaczka­mi. Nigdy nie widzieliśmy bardziej egzotycznych ludzi.

77

— Patrz, jakie ładne świderki — chichocze Aluś. — Chciałbym pogłaskać.

— Daj spokój — powstrzymuję go.

Wszyscy mają śliczne, czarne pejsy, niektórzy tak długie, że aż okręcają je sobie za uszy. Bla­de twarze, oczy jak z zaświatów. Są nie mniej zdzi­wieni, wydaje się, że nigdy nie widzieli takich barbarzyńców. Odchodzą bez obrazy jak dzieci.

— Wyglądają  jak  małe rabinki — śmieje  się Aluś.

— Pewno jakaś szkoła rabinacka. Teraz dostrzegamy, że wyglądamy jak niedźwie­dzie po wyjściu z gawry. Pełno na nas igliwia. Szczotkujemy się wiechciami czystej trawy. Przy najbliższym strumyku zdejmujemy utytłane w gli­nie buty. Myjemy je gruntownie, potem twarze i stopy, przepłukujemy skarpety. Z podwinięty­mi spodniami, ze związanymi butami przerzuco­nymi przez ramię i skarpetami przez drugie, idzie­my na bosaka. Czasami trafi się ostry tłuczeń i uwiera nieprzyjemnie. Po stu krokach zapominamy o tym, znów czujemy się jak kiedyś na rżysku za krowami.

Zaczynają się rozległe pola. Dochodzimy do jakiegoś ogromnego skupiska chałup, za nimi wieża kościelna i kilka wysokich rur-kominów. Niska, tartaczna wieś i wszędzie pełno drzew — Koło­myja. Znów płuczemy nogi w rowie i obuwamy się. Ważniejsze ulice są nawet brukowane.

Wolno snują się chłopi, wśród nich trafiają się fircykowaci eleganci, miejscowi bogacze. Wcho­dzimy do księgarni i prosimy o mapę tutejszego województwa. Uważnie przeglądamy szosę idącą na Czerniowce. Kiedy wszystkie znaki układają się w nas jak na kliszy, składamy ją i oddajemy z wdzięcznym podziękowaniem. Księgarz odebrał

78

mapę z niewzruszoną obojętnością; gdyby był trochę bardziej wścibski, nie mógłby nie odgadnąć naszych zamiarów.

Na dworcowej mapie kolejowej przeglądamy tor, by nie wleźć na niego. Bez urazy spoglądamy na policjantów, szczęśliwie udało nam się nie zetknąć i z nimi. Widok kopistów nie jest już tak przyjem­ny. Szybko odchodzimy jak grzeczni chłopcy. Ku­pujemy bochen chleba i pokaźny krąg surowej kiełbasy. Połowę zjadamy za miastem na łączce, w krzakach wierzbiny, resztę zgrabnie owijamy w papier i starannie obwiązujemy sznurkiem. Krót­ka narada. Jak największa ostrożność i jak naj­większa śmiałość, szybkość, wszystko, co nas spo­tka, według okoliczności brać jak najlepiej. Pod­rywamy się z wyzywającymi uśmiechami na twa­rzach.

Dobrze smalimy szosą. Zwalniamy, kiedy po­kazują się ludzie. Zaczyna siąpić deszcz, w końcu leje. Przemykamy wioski z minami naiwnych jag­niąt. Dawno minęło południe, nie zwalniamy. Cza­sami szybko przejeżdżają furki, nie chcemy ko­rzystać z nich. Przed przedostatnią wsią schodzimy polami w lewo, by potem wyjść na dróżkę idącą z niej na północ, do innej wsi. Przed tą zaś schodzimy w prawo i jeszcze trochę odbijamy na północ, w pustkowie, gdzie nie ma już wsi. Teraz wprost na wschód.

Deszcz chwilami słabnie, ale nie przestaje pa­dać. W zupełnym bezludziu idziemy około go­dziny. Jakieś ugory, trochę na nich drzew i ja­łowców. Słońca ciągle nie widać, ale już niedługo powinno się ściemnić. Omijamy golizny. Lekki spad w stronę granicy, ani przez chwilę nie tracę tego kierunku. Zatrzymujemy się przed większą golizną. Na

79

samym skraju gęste krzaki jałowców. Wybieramy najurodziwszą   kępę i wchodzimy do środka. Dobrze stąd widać pochyłość i wycofać się można niepoznacznie. Zginamy wewnątrz miotły ja­łowców i siadamy na nich. Gdyby nie deszcz, można by i wyciągnąć się wygodnie.

Zjadamy kiełbasę z chlebem, jesteśmy tak nasiąknięci wodą, że nawet nie myślimy o piciu. Staramy się nie mówić, a jeśli trzeba, to szeptem. Czasami któryś z nas wstaje i rozgląda się. Po­tem już tego nie robimy, zdajemy się na słuch. Zaczynamy odczuwać zimno.

Wreszcie zaczyna się mroczyć. Strasznie wolno przychodzi ta noc. Ruszamy plecami z zimna, za­czynamy drżeć. Nie można poskakać ani zabić rąk.

— Może już? — odzywa się Aluś.

— Najlepiej po północy — odpowiadam.

Bardzo chcielibyśmy już rwać, byłoby ciepło. Zaczynamy szczękać zębami i wiercić się. Jest bardzo ciemno, deszcz chwilami ustaje i gdzie­niegdzie pokazują się gwiazdy. Do północy na pewno nie wytrzymamy. Jeszcze odczekujemy, ile tylko możemy, wreszcie wstajemy.

Deszcz przestaje padać. Pogodne, ciemne niebo. Jarzy się Wielki Wóz, Polarna świeci jak drogo­wskaz. Wolno wychodzimy, stąpamy jak koty. Tro­chę odstępujemy od siebie dla większej swobody ruchów. Co kilka kroków stajemy, słuchamy. Uszliśmy kilometr, powinno już być blisko. Dość daleko przed nami odzywają się psy. Tam nie ma wioski. Jak najszybciej wracamy na miejsca. Po przebyciu połowy drogi zatrzymujemy się obok siebie.

— No co? — pyta Aluś.

— Jeśli poczuły nas, będzie alarm. Nie przej­dziemy.

 

80

— Było za daleko.

— Nocą psy na granicy nie szczekają tak sobie.

— To co?

— Odbijemy w bok, potem byle szybko, nim się kopiści rozejdą.

Przebiegliśmy z kilometr, popatrzyłem na Po­larną i ruszyliśmy na granicę. Znów szybki chód, stąpamy jak koty. Wykorzystujemy krzaki, zatrzy­mujemy się i słuchamy. Tylko wiaterek z północy. Jakaś linia drzew w poprzek, tuż za nimi rzeka.

— To tu — wymawiam.

Zbliżamy twarze, by zaśmiać się do siebie.

— Rozbieramy się? — pyta Aluś.

— Nie ma czasu. Może i po drugiej stronie będziemy musieli wiać.

Po brzegu zsuwamy się w wodę, wpadam cały. Wypływam, widzę głowę Alusia. Po kilku me­trach dotykam rękami dna. Brodzę do brzegu. Znów spotykamy się.

— Jesteśmy przestępcami — wymawiam.

— Tak — odpowiada Aluś. O mało nie wybu­cha śmiechem.

Idziemy szybko, by nocą jak najprędzej odbić od granicy. Falisty teren i rzadkie krzaki. Popaduje deszcz, ale jest nam ciepło i wesoło. Przed nami naszczekuje jakiś psiak, zatrzymuje się.

— Skąd się tu wziął? — wymawiam w ostroż­nym zdziwieniu.

— To lis — odpowiada po chwili Aluś. Spod nóg odskakuje zając, a na wierzchu pa­góra widzimy drugiego lisa.

— Polują — mówi Aluś.

— Na nas też — dopowiadam.

Noc wydaje się ożywiona i przyjazna. Leniwe naszczekiwanie psów, teraz jest wioska. Obcho­dzimy ją, mijamy skrajem lasu. Jakieś straszne

81

wertepy, o mało nie łamiemy nóg. Rozmiękła gli­na więzi nogi. Z trudem wyciągamy je, by śliz­gać się w przód. Potykamy się, czasami padamy. Pomagamy sobie rękami, by oszczędzić portek przed większymi plackami.

Robi się coraz widniej, aż nastaje dzień bez słońca. W głowie mam jakąś czujkę, która pod­świadomie i nieustannie pilnuje potrzebnego kie­runku. Już zdaje nam się, że nie przebrniemy gliny i wądołów, gdy niespodziewanie wchodzi­my na drogę polną. Ulga! Za drzewami łagodnego zakrętu, przy wozie stoi kilku chłopów, wszyscy mają oczy zwrócone na nas, za nimi zwarta wios­ka. Drgnąłem. Odwrót byłby podejrzany, dałby im pewność, że nie jesteśmy w porządku.

— Idziemy — mówię  cicho.

Chłopi przyglądają nam się natarczywie.

— Z witki wy? — pyta jeden.

Idziemy bez odpowiedzi, by nie upewnić ich zupełnie. Ten sam chłop śmieje się po cwaniacku i woła:

— Wy z Polszczy! Dezertery!

Mijamy ich bez słowa i bez rozeznania, czy są nam przychylni. W samej wsi ludzie już nie są tak zdziwieni. Psy podbiegają, ale nie szczekają. Jakby trzymały z nami. Radośnie odczuwam ich życzliwość. Po wyminięciu chałup kilka razy od­wracamy głowy, nic podejrzanego. Jak bardzo przydałoby się teraz trochę gościnności…

Znów pola. Czystą wodą z rowu zmywamy gli­niane placki na portkach. W dzień nie będziemy się przewracać. Droga zbytnio wykręca na pół­noc, schodzimy w prawo miedzą w wysokie, dobrze już wykłoszone żyta. Ruszamy szybciej, by jak najdalej odejść od wioski. Nie będzie dobrze, jeśli chłopi zameldują o naszej obecności.

82

Dorodny, liściasty las. Natrafiamy przejazd, trzymamy go   się, ale idziemy trochę w głębi drzew. Znaczna swoboda a z nią ulga. Próbujemy uśmiechać się do siebie, ale na twarzy wyłazi zmęczony grymas. Aluś ma zapadnięte policzki, obciągnięte pociemniałą skórą, ostre szczęki i oczy jak świece. Ja na pewno  nie wyglądam lepiej. Dwie doby bez snu, zlewani strugami  deszczu. Zmęczenie, jakiegośmy nigdy jeszcze nie zaznali. Ale   nie padamy z nóg. Wszystko nas boli, na całym ciele nie   ma miejsca wolnego od bólu. Przechodzimy łąki. Przydałby się jakiś stóg siana. Odespalibyśmy dobę i znów wszystko   byłoby dobrze. Próżno jednak szukamy kopek siana. Nie widzimy ich nawet w zagrodach. Wypaśli wszystko, w tym miesiącu będą sianokosy. Gdyby deszcz nie padał i gdyby wyszło trochę słońca, mogli­byśmy spać gdziekolwiek jak zające.

Każdy krok stawiamy z wysiłkiem. Obchodzimy wieś, i przy niej żadnej kopicy. Chałupy dymią, pachnie chlebem i jadłem. Głód nie ssie już, a wilczo rwie brzuchy. Dwieście metrów za wsią las, pod nim samotna zagroda. Wchłaniają nas drzewa, zatrzymujemy się. Siadamy za rzadkimi krzaczkami i spoglądamy na wieś jak wilki. Nie możemy odejść od niej. Popaduje zimny deszcz, ma się już pod wieczór. Nic nie mówimy. Myślę o zbliżającej się nocy i o deszczu, który może nas dobić.

— No co? — pyta Aluś.

Jak chętnie zapytałbym go w ten sposób, by zdać się na jego prowadzenie. Nieprawda, że prze­szliśmy już najgorsze, teraz dopiero zacznie się trud. Chce mi się tylko jeść i spać. Widzę cze­kającą nas drogę i czuję lęk.

— No co? — pyta Aluś.

83

Ogarnia mnie złość. Staram się mówić spokojnie, wychodzi jeszcze gorzej:

— Słuchaj, Aluś, nie może być tak, że jeden głowa, drugi dupa.

Coraz szerzej otwierają mu się oczy, wciąga powietrze bez westchnienia. Nawet oddychanie nie będzie teraz łatwe. Ale wszystko zapada się nagle — Aluś uśmiecha się. Teraz mnie boli to bardziej niż jego. To ja naopowiadałem mu bajek o ciepłych krajach i wywlokłem na tę bidę, a teraz zraniłem do krwi. Nie przepraszam, można to naprawić tylko czymś niezwykłym albo po długim czasie.

— Idę do tej chałupy, tu, pod lasem — wyry­wa mi się — lepiej w pojedynką.

Podnoszę się i idę. Od strony wsi osłania mnie sad. Odpycham furtkę, zawieszoną na korzeniach. Obskakuje mnie psiak, ujada. Wychodzi jary starzec.

— Dobry dzień — pozdrawiam go.

— Dobry dzień — odpowiada uroczyście.

— Jeść możecie mi dać? — mówię wprost.

— Spraszaju — mówi bez namysłu. Gościnny ruch ręką, godny wielkiego pana.

Zatrzymuję się przy drzwiach w dużej izbie. Pod blachą tlące się polana i pełno donic z wa­rzącym się mlekiem na obszernej, glinianej kot­linie.

— Sadzi sia — wskazuje ławę i szybko mówi coś do wchodzącej młódki.

Kobieta bierze oburącz jedną z donic, stawia na drugiej ławie. Na talerzach w kwiatki poda­je grubo krajany chleb i ser. Robi to bez pod­noszenia oczu, odchodzi.

 — Jedz — mówi stary i zamaszyście kiwa gło­wą.

84

Staram się nie pochłaniać wilczo, trud niemały. Myślę o Alusiu pod krzaczkiem. Stary przygląda mi się z powściągliwą radością.

— Ty z Polszczy? — mówi otwarcie.

— Tak.

— Dezerter?

— Nie. — Pokrótce opowiadam mu o nas.

— To wołaj go! — śmieje się.

Wychodzę, za mną stary uważnie ogląda dro­gę. Zataczam przyzywającym ruchem ręką. Z lasu raźno wyskoczył Aluś, smali z kroku. Wymawia pozdrowienie i uśmiecha się diablo miło. Stary puszcza nas przodem, rozgląda się i wchodzi za nami.

Jemy z Alusiem, staremu śmieją się oczy. Wchodzi rosły młodzik, mówi pozdrowienie, ale trzyma się prosto i z dala. Przyglądamy mu się uważnie. Stary spostrzega to.

— To mój syn, najmłodszy — uspokaja nas. — My nie Rumuny, my Besarabcy.

— Jak to dobrze, że nie Rumuny — podchwytuję.

— Też ludzie — dodaje z zadumą.

Kończymy donicę, chleba z dokładki też nie­wiele zostało. Stary przynosi nam łaszki. Zrzu­camy nasze, myjemy się w cebratce. Wciągamy suche, zgrzebne portki i koszule. Płuczemy nasze, utytłane w glinie i rozwieszamy je nad kotliną. Syn podłożył drzewa pod blachą. Na ławie poja­wił się gąsiorek. Próżno wymawiamy się z Alu­siem, musimy pić i drugi, i trzeci kubek. Stary zawsze pierwszy wysusza i dolewa. Uśmiechamy się, jest już wino i ciepłe kraje wydają się bliskie. Stary opowiada, jak to wojował w wojnie światowej w austriackim wojsku. Strzelał do nieba, bo gdzieżby śmiał zabijać swoich. Potem przyszedł

85

do swojej wsi, dobrze schował karabin i mundur, wciągnął na siebie zgrzebną siermięgę i skończył wojnę. Z trudem staramy się utrzymać otwarte oczy, zasypiamy. Widzę jeszcze starego z kożu­chami na ręku. Prowadzi nas do przyległej izby, rozkłada baranice na podłodze.

— Prześpicie się, a jutro dalej — mówi i od­chodzi.

Przykrywamy się z Alusiem. Jest mi bardzo gorąco. Wszystko znika w pożodze krwi.

Ciepło. Z całego ciała emanuje jakaś radość, tak jakby ból i zmęczenie w ogóle nie istniały. Dzie­cięco dobrze jak przy matce pod pierzyną. Otwie­ram oczy. Na stole, w kącie izby czarny Christ, rozpięty na drewnianym, prawosławnym krzyżu. Za oknami pochmurny dzień. Może to ostatni już gościnny dom na naszej drodze. Gdybyśmy tak dołączyli do bandy Cyganów ciągnących na po­łudnie. Oni też omijają sprytnie prawo, lecz jak trafić na takich? Coś mnie tknęło, ale Aluś od­wraca się do minie i otwiera oczy, ciemnoniebies­kie, naiwnie dobre. Patrzę w nie i boli mnie we­wnątrz. Jak mogłem zranić go w ten sposób? Aluś wie, co się we mnie dzieje, i uśmiecha się przyjaźnie, ale przez to boli jeszcze mocniej. Nie mogę znieść jego uśmiechu. Twarz mi twardnieje. Nie mogę odsunąć z pamięci tych okropnych słów. Już chyba nigdy nie wyburzę ich z siebie. By nie odwracać twarzy mówię cokolwiek:

— Słuchaj, chłopie. Pchamy się do Czerniowiec. Tam pono mieszka sporo Polaków, musimy ich znaleźć. Oni nam pomogą.

Aluś przytaknął wesoło, jakby mówił — „Pro­wadź choć w cały świat!”

Wchodzi stary z naszymi ubraniami. Wesoły jak szpak, mówi, że już południe. Ubieramy się.

86

W kuchni na ławie głębokie miski z czubami hreczki w mleku. Wyjadamy do dna i podnosimy się. Stary tłumaczy drogę do Czerniowiec, łatwo zajdziemy przed zmrokiem. Dziękujemy mu, ścis­kamy mocno starczą, suchą dłoń. Jest wzruszony jakby wspomnieniem własnej młodości. Wychodzi pierwszy. Przemykamy obok niego.

 — Wspominajcie, tylko nie mówcie! — woła za nami.

Podnosimy hardo głowy, że choćby na mękach — nie wydamy go.

Idziemy lasem, z boku koleina po wozach. Jesteśmy tak zdziwieni ostatnim wydarzeniem, że nie mamy słów i nic nie mówimy. Skłębiona ra­dość wyrzuca nam uśmiechy na twarze. Dłońmi wygładzamy na sobie ubrania. Za lasem wieś. Po obejściu jej wracamy na drogę. Nie pada deszcz. Z dziurawej chmury wyjrzało trochę słońca.

— Dobrze — stwierdza Aluś.

— Oby tak dalej — mówię z nadzieją.

Zupełnie puste pola. Droga łagodnie wije się między nierównościami. Na bokach kępy krzewów. O jakie pięćdziesiąt metrów przed nami dwóch karabinierów. Długie karabiniska niosą na pasach. Idą swobodnie, bez pośpiechu.

— Prosto na nich — wymawiam cicho.

Mimo że skóra mrowi się na grzbiecie, niedbale wywołuję raźną minę.

Odległość staje się coraz groźniejsza, nawet krzaków nie ma, łyse pole. Jedno jest pewne. Nie pozwolimy pędzić się jak barany. Będzie trzeba — wydrzemy im karabiny. Czuję się lekko. Jestem od strony karabinierów. Niby nie patrzę, ale nie spuszczam z nich oczu. O jakie trzy kroki ten z brzegu schodzi z drogi. Schodzę i ja. Przygnębione

87

twarze, smutniejsze od naszych. Natężam uszy, słyszę za sobą ich kroki, idą dalej. Po chwili odzywam się swobodnie:

— Smutne chłopaki.

— Bo w wojsku — odpowiada Aluś.

Nie wymijamy wiosek, poczynamy sobie coraz śmielej. Przed szarówką wpadamy na szosę i wi­dzimy Czerniowce. Podchodzimy trochę bliżej, schodzimy z drogi. Pokazują się maleńkie chałupki jak na wsi. Potem okazalsze drewniaki w ogród­kach. Przechodzimy most na Prucie. Jednopiętro­we kamieniczki, wyboiste ulice, skąpo oświetlo­ne żarówkami na drewnianych słupach. Suną lu­dzie gadatliwi jak szum potoku. Śpiewny, żywy język i dużo śmiechu. Tylko policjanci są osamot­nieni, jak wszędzie. Nic nie jest nam wrogie.

Pędzimy raźno ulicami, nagle o jakieś dziesięć metrów słyszymy naszą mowę. Szybko wymijamy dzielących nas przechodniów, idziemy za plecami kłócących się dwóch eleganckich młodzieńców. Często wybuchają głośnym śmiechem. Serca nam rosną. Krajanie są w takim ferworze, że nie śmie­my im przerwać. Wpadamy na nich, kiedy za­trzymują się, by lepiej dojść do ładu. Podnoszą głowy, wietrzą zaczepkę.

— Bardzo przepraszam, panowie jesteście Polakami? — zapytuję łagodnie.

— Tak — odpowiada jeden z nich podniesionym głosem, urażony, że śmiemy wątpić.

— Gdzie jest Związek Polaków? . — Niedaleko stąd. Nie wiecie?

— Nie. My z Polski. Przeszliśmy granicę. Odsłużyliśmy marynarkę wojenną i idziemy na sta­tek „Polonia” do Konstancy.

Po   chwili   osłupienia   zanieśli   się   śmiechem.

88

Spojrzeliśmy  z  Alusiem  po  sobie.   Ogarnął  nas strach przed zbiegowiskiem.

— Panowie, ciszej trochę — proszę.

— Och, tu już nie trzeba się bać!

— Widzisz, a to chłopaki urządzili sobie zaba­wę — mówi drugi i znów wybuchają śmiechem.

— Czego chcecie od Związku? — zapytuje pierwszy.

— Zanocować gdzie…

— To już lepiej nie w Związku — wtrąca dru­gi. — Bierz ich do siebie, ja zaraz przyjdę — i w jednej chwili zmyka.

Przeciskamy się przez tłum rozbawionej mło­dzieży. Połyskliwe oczy chłopców. Perlisty szcze­biot i śmiech dziewczyn. Chwilami trafiamy na gąszcz nie do przebycia, drepcemy w miejscu albo obchodzimy jezdnią.

— Skąd tu tyle ludzi? — wymawiam ze zdziwieniem.

— Taki zwyczaj wieczorem. Możemy sobie przymówić ładne panienki. Chcecie? Speszony Aluś przecząco kręci głową.

— Nie znamy języka — wykręcam się.

— Tym większe będziecie mieć wzięcie — na­trząsa się krajan.

— Lepiej nie. Trochę to niebezpieczne.

Nie namawia nas. Wodzi oczami po tłumie. Nie przepuści żadnej ładnej buzi. Rzuca zuchwałe spojrzenia i miękkie uśmiechy.

Zostawiliśmy tłum za sobą. Po dziesięciu mi­nutach wchodzimy w bramę kamieniczki, skręca­my w korytarz parteru. Krajan uporał się z drzwia­mi, wybłysk światła, zaprasza nas do środka, prowadzi przez maleńką kuchenkę do wielkie­go pokoju, sadowi w niskich fotelach. Przeprasza nas, zostawia samych. Dochodzi kuchenna krzątanina,

89

rozglądamy się. Szeroki tapczan, kanapa pod oknem, szafa, biblioteka, dywan. Zjawia się drugi krajan.

— Przyniosłeś coś, to nawet dobrze — słyszy­my gospodarza.

Przybyły zajmuje krzesło, uśmiecha się łagod­nie. Wodzimy oczami po obrazkach na ścianach.

— Dobrze tu żyjecie — odzywam się.

— Tak sobie — odpowiada wchodzący gospo­darz. Jest w śnieżnej koszuli. Stawia na stole butelkę wina i kieliszki. Kolega pomaga znosić talerze, siadamy wszyscy. Gospodarz nalewa wino i podnosi kielich.

— Za waszą pomyślność.

Pijemy i jemy bigos. Znów jest nam gorąco. Zdejmujemy wiatrówki, chociaż nasze koszule nie są tak białe.

— Jesteście bogaczami — wymawiam z podzi­wem.

— Gdzie tam. Pracujemy w firmie importowej, u polskich Żydów! — śmieje się gospodarz. — Ja w dziale niemieckim, on w polskim.

— Jak się tu czujecie?

— Przyjemny kraj. Tu łatwo.

— Mówcie jak tam u was? — ciśnie nas kole­ga gospodarza. — O waszej drodze.

Zaczynam od początku. Staram się na wesoło. Aluś uśmiecha się, wtrąca, przypomina. Kraja­nom dech zapiera, to znów parskają śmiechem. Skaczę i omijam szczegóły, by dobrnąć do końca.

Gospodarz zrywa się, przynosi gorącą kiełbasę.

— Chyba się rozgotowała — kręci nosem. — Dobrze, że ruszyliście się. Jak myślicie dotrzeć do Konstancy?

— Na nogach — odpowiadamy jednocześnie z Alusiem.

90

— To niemożliwe — wtrąca kolega gospodarza.

— Złapią  ich.

— Tak — wtórują obaj.

Na takie chwile mamy z Alusiem uśmiechy. Wodzimy po sobie oczami.

— Czy macie pieniądze? — pyta gospodarz.

— Nie mamy — odpowiadam. Nalewa kieliszki aby zatrzeć zgrzyt.  Krajanie spoglądają po sobie.

— Najgorsze już przeszli — mówi z uznaniem kolega gospodarza.

— Koleją uda się na pewno. Patrzą na  siebie znacząco.  Gospodarz przynosi drugą butelkę.

— Pijcie — zachęca nas. To tanie jak barszcz.

Pytają o Warszawę. Niewiele o niej wiemy. Opowiadamy cuda o Gdyni. Są wzruszeni. Naj­więcej sentymentu mają dla Krakowa, zbierają się tam na wypad.

— Może zdrzemniecie się? — proponuje gospodarz.

— Lepiej nie — radzi kolega — Niech śpią w wagonie.

Nasze zdziwienie zbywają uśmiechami i wcho­dzą w szczegóły odbytej drogi. Dla nich byłoby to niemożliwe, dlatego tak chętnie słuchają. Gos­podarz spogląda na zegarek i wkłada marynarkę. Wciągamy i nasze wiatrówki. Spoglądamy po so­bie znacząco, wychodzimy.

Pustawe ulice. Na dworcu gospodarz odchodzi, po chwili daje nam bilety.

— To pociąg na Bukareszt. W Buzau przesiad­ka i tamtym już do samej Konstancy — wsuwa mi w kieszeń maleńki zwitek. — Paręset lei, przy­da wam się.

Niewiele ludzi. Prowadzą nas na peron do podstawionego

91

już zestawu. Mówimy mało, i to przy­ciszonym głosem. Krajanie uśmiechają się, bawi ich to. Sadowią nas w wagonie. Pusty przedział, oddzielony tylko półścianką. Radzą nam spać albo udawać, że śpimy. Żadnych prób rozmowy, nie dać się wciągnąć przez gadatliwych Rumunów. Głę­biej niż pacierz wbijam sobie w pamięć adres gospodarza. Żegnają nas wesoło i odchodzą. Wi­dzimy ich twarze za szybą. Opuszczam okno. Nasi konwojenci rozglądają się po peronie. Pociąg rusza. Wychylamy się z okna i podnosimy ręce. Jesteśmy bardziej wzruszeni niż inni pasażerowie żegnający swoich najbliższych.

Krajanie znikają. Podciągam szybę. Zaśmiewa­my się z Alusiem, gasimy światło. Zajmujemy miejsca pod oknem naprzeciw siebie, czekamy na sen.

Pociąg dudni jak smok. Zostaje tylko rytm, coraz cichszy aż w końcu zanika. Czuję ucisk na ramieniu. Otwieram oczy. W rażącym świetle widzę konduktora. Przymykam oczy i sennym ruchem podaję bilet. Aluś ocknął się i podaje swój. Konduktor dziurkuje, przekręca kontakt i odchodzi.

— Dobrze idzie — odzywa się Aluś.

— Dobrze — odpowiadam.

Z nocy wyłania się jakaś stacja. Skąpe światła, kilkunastu pasażerów. Znów nasenny rytm. Swo­bodnie rozluźniam się cały, wygodnie wciskam w kąt i zasypiam jak w łóżku. W głowę wwierca mi się wibrujący hałas, budzi mnie. Ze skowytem mija nas pociąg pasażerski. Jest dzień, nisko za­wieszone słońce. Nie spotykana u nas przejrzy­stość powietrza. Doliną z krzakami po brzegach, płynie Seret. Pojawia się i znika. Z prawej stro­ny łagodnie wznoszące się, pokryte lasem góry.

92

Na jednej ze stacji gęsty tłum, tak jakby cała mieścina skupiła się na peronie. Już w biegu wdzierają się do pociągu. Aluś budzi się, od razu przytomnieje. Wiem, co to znaczy. W przejściu rozlewa się żywy potok ludzki. Otwierają się drzwi. Otwierają się i nasze, w jednej chwili przedział wypełnia się ludźmi.

Pociąg rusza, w wagonie podnosi się chóralny śmiech radości. Opada, by ustąpić dźwięcznej i bar­dzo szybkiej mowie. Spoglądam szparkami oczu. Baby i młódki z koszami, tobołami przy bosych stopach. Odzywają się do nas, jesteśmy jak martwi. Coś radzą między sobą. Siedząca przy Alusiu czarnuszka zalewa go kaskadą słów. Coraz śmielej, potem śpiewnie, prosząco. Baby śmieją się z jej niepowodzenia. Dziewczyna aż wzdycha w udanej żałości. Trąca mnie w nogę palcami stopy. Smagła, gibka jak łasica, opalona. Radoś­nie byłoby patrzeć w jej ciemne, porywiste śle­pia. Żywy ogień — umarły by powstał. My „śpimy”. Babskim piskiem przyjmują młodego konduktora. Ten szybko przegląda bilety i ucieka. Dziewczyna znów próbuje budzić Alusia. Trąca go w bok. Aluś przez sen osłania się ręką. Dziewczyna pyta, potem woła:

— Szty rumuneszti?

Nie mogąc doczekać się, sama odpowiada:

— Nu szti rumuneszti.

Baby wtórują. Są zdziwione i jeszcze bardziej ciekawe. Biorą się do jedzenia. Próbują często­wać nas pszennym chlebem i żółtym serem, ale i to się nie udaje. „Śpimy”.

Zbliża się spore miasto. Pociąg staje — Fokszany. Ludzki wylew i znów bieg pociągu. Jesteśmy sami, możemy odpocząć od „spania”.

— Poznały, że jesteśmy obcokrajowcami.

93

— Na pewno. Trochę miałeś stracha! — śmie­ję się z Alusia.

— Dobrze, że nie szarpały.

— Wtedy by nas „przebudziły”.

— Byłoby gorzej.

— Zakochała się w tobie, czy co? Śliczna bestia.

Aluś nie zwraca na to uwagi, cały zwarty w sobie, byle dobrnąć do „Polonii”. Za oknami nie kończąca się równina. Ogromne folwarczne łany pszenicy i kukurydzy i posiekane różnymi barwami chłopskie pólka. Bogata ziemia, ubogie wioski. Pilnujemy teraz stacji, jest Buzau. Wy­siadamy. Dużo ludzi, nikt nie zwraca na nas uwagi. Przeglądamy rozkład jazdy, za cztery go­dziny nasz pociąg. Jest upał jak nigdy u nas.

Kierujemy się za miasto. Natrafiamy na rzekę, idziemy brzegiem w górę, w zupełne pustkowie. Wysokie spalone brzegi, krystaliczna woda o szyb­kim nurcie. Rozbieramy się.

Jesteśmy złaknieni słońca i nareszcie mamy go wiele. Przejrzystość powietrza, z nieba leje się złoty żar — przedsmak południowych krajów. Po­środku rzeki wody zaledwie po pas. Widać piasek, biały jakby koralowy. Bystry prąd wyrywa go, aż zapadają się stopy. Trudno stać. Poddaję się. Zimna bystrzyna pędzi mnie w harcach, po kilkuset metrach wyrzuca na płyciznę. Idę do Alu­sia, zostaję przy szatkach, on udaje się w spływ. Powraca, siadamy w spieczonych kępach traw. Wokół wysoki, suchy step na pagórkach spiętrza­jących się ku zachodowi w wysoki masyw. Stam­tąd wywija się rzeka.

Tuż przy nas wpada do wody hałaśliwa gro­madka wyrostków z dużym psem. Zrzucają na wyścigi koszule i portki. Psu wiążą kamień do

94

szyi. Najroślejszy za przednie łapy wlecze go do rzeki. Gromada za nim. Puszczają psa, a ten idzie po dnie na zadnich łapach, z łbem na wierzchu. Szczeniaki walą kijami. Wypływa mu jedno oko, drugie wyskakuje w siny guz. Szczeniaki aż wyją z uciechy, okładają go. Oślepły, ale żywy pies ciągle idzie po dnie, ponosi go prąd. Gromada wy­pada z rzeki, ubiera się i odbiega po radosnej za­bawie. Spoglądamy po sobie, otrząsamy się, łeb psa prześladuje nas jak zmora.

— Szczeniakom należałby się wycisk — odzywa się Aluś.

— Ale jak to zrobić? — mówię z żałością. — Nigdy w życiu nie topiłeś psów?

— Tak, od razu.

— W ten sposób nigdy nie topiliście w waszej wsi?

— Nigdy! — wybucha Aluś.

Tutejsi ludzie wydają mi się łagodniejsi od nas, lecz gdy pomyślę o tych szczeniakach, rysuje się na nich jakaś skaza. Zapadamy w drzemkę. Bu­dzimy się jednocześnie, ubieramy się. Nie mamy zegarka. Pędzimy na dworzec, za późno, pociąg odszedł. Następny o północy. Kupuję bez słowa długą, pszenną bułkę, kawał kiełbasy i znów idziemy nad rzekę. Jemy, kąpiemy się i zasypia­my. Budzimy się, kiedy skóra zaczyna odczuwać brak słońca. Wdziewamy szatki, jest bardzo ciepło. Wschodzi miedziany jak patelnia cygańska księ­życ. Coś nas korci, by obejrzeć miasto.

Roztarta glina zapylonej ulicy na peryferiach, oświetlonej tylko poświatą księżyca. Maleńkie domki z czerwonymi okienkami, pod nimi gdzie­niegdzie gromadki młodzieży, romansująca para. Zaglądamy przez uchylone drzwi. Na półkach bu­telki, na bufecie pali się większa naftówka, tuż

95

przy niej wielki półmisek z kanapkami zakąsek. Po zgodnym słowie wchodzimy. Skinęliśmy głową myjącemu szklanki. Przy jednym ze stolików siedzi trzech chłopów przy winie. Wybieramy za­kąski z mięsem, bierzemy je z półmiska i wolno jemy. Bufetowy poukładał już czyste szklanki, wytarł ręce. Próbuje rozmawiać z nami, zbywamy go uśmiechem. Dobry knajpiarz nie jest natrętny.

— Wino? — podpowiada nam troskliwie.

— Wino. — przytakujemy;

Stawia butelkę, nalewa w szklanki, mówi coś szybko do siedzących. Jeden z nich podrywa się i wychodzi. Podaję papierek stulejowy. Dostaję dużo reszty, nie licząc, chowam do kieszeni. Pije­my wino przyjemnie kwaśne, łaskocze mocą i aromatem. Wraca chłop, który odszedł przed chwilą, za nim dwóch bosych Cyganów, ciemnych jak noc. Jeden z nich, smukły chłopak ze skrzypca­mi pod pachą, drugi stary, zażywny. Pozdrawiają nas, odpowiadamy skinieniem głowy. Chłopak podnosi skrzypce, grając podchodzi blisko nas. Stary skromnie trzyma się z dala, ale czarna twarz śmieje się, jakby chciał z nami podzielić duszę. Odpowiadamy mu uśmiechami. Wesoła me­lodia, jakby powitalna. Spoglądam na knajpiarza, zataczam ręką od wina do Cyganów. Nalewa jesz­cze dwie szklanki. Aluś podsuwa także dla niego. Knajpiarz sięga po nową butelkę, nalewa sobie i aż mieni się na twarzy. Pijemy wszyscy. Cyganie dziękują nam. Stary Cygan próbuje rozmowy z nami, ale prócz uśmiechów nic nie może z nas wydusić. Chłopak gra, żałosna radość skąpana w ogniu, żądza i spazm.  Jeszcze jedna butelka i płacę. Aluś wie, że to koniec. Pijemy. Chłopak tnie jakieś radośniejsze strzępy z czardaszów. Siedzący pod oknem pohukują, wchodzą chłopcy

96

z dziewczynami. Robi się tłoczno. Ścieśniamy się z Cyganami. Stary wskazuje na szklanki, że puste. Robię żałosną minę, mówię:

— Nu lei.

Znów ma twarz, jakby chciał nam sprzedać duszę. Stawia. Pijemy z Alusiem cygańskie wino. Chłopak gra, ciągnie na wielu strunach, że aż smyka braknie. Dzika tęsknota za dalą, za swo­bodą, za szczęściem płynie w gorącym winie. Spa­lają się wszystkie trudy i udręki. Jednym skokiem dosiężny jest cały świat i nie pragnę go, o dziwo, potrzebuję tylko muzyki.

— Już czas, idziemy — szepcze Aluś.

Idziemy — odpowiadam; spostrzegam, że wszystkie nakazy wyleciały mi z głowy.

Kłaniamy się, podnosimy ręce i odchodzimy. Knajpiarz krzyczy. Cyganie zatrzymują nas.

— Nie zapłacone? — pyta Aluś.

— Wszystko — odpowiadam.

Knajpiarz chce nam postawić przed odejściem. Pijemy i odchodzimy. Rumuni pohukują pożegnalnie. Za nami ciągną Cyganie. Księżyc jak patel­nia. Idziemy miedzianą ulicą, chłopak gra.

— Nie mogą iść z nami na dworzec — wyma­wia Aluś.

— Nie.

Mocno ściskamy im dłonie i szybko odrywamy się w boczną ulicę. Jest mi smutno. Gdyby można było dogadać się pozostałbym z nimi, by iść za cygańskimi skrzypcami.

Na dworcu staramy się iść prosto, uważnie wymijamy ludzi. Nadchodzi pociąg, wsiadamy do pustego przedziału. Jestem wypełniony muzyką i winem, opędzam się jak mogę, ale nasenny rytm wyburza wszystko.

Budzi nas trzask drzwi. Wchodzi dwóch panków.

97

Zajmują miejsca, trzymają się sztywno. Ci straci­li już serdeczność ludu, tym lepiej dla nas.

Na południu rozciąga się spora mieścina Folestio. Pociąg wjeżdża na wysoki nasyp, z obu stron rozległa dżungla wikliny, trzcin. Dwie wie­życzki, pod jedną żołnierz, u nogi karabin z na­sadzonym bagnetem. Most, ale wody długo nie widać, aż wreszcie szary, zagliniony, ogromny Dunaj. Znów baszty i żołnierz. Ze zdziwienia, ki­wamy głowami. Takiej rzeki i mostu nie widzie­liśmy jeszcze. Suchy kraj spękanej gliny, z niej ulepione wioski i ludzie.

Pociąg wpada w duże miasto i staje. Wychodzą wszyscy. Na peronie oglądamy się za wyjściem. Tłum popycha nas jak fala, wyrzuca za szeroką bramę ogrodzenia. Wszystko w nas drga, wszystko jest radością. Idziemy do portu. Już z dala pa­trzymy na statki, na ciemny, głęboki błękit mo­rza. Wracamy z powrotem. Na głównym placu gapimy się na Owidiusza w todze. Zatrzymuję młodziutką dziewczynę, pytająco wymawiam nazwę ulicy. Dziewczyna mówi szybko, spostrze­ga, że nie rozumiemy, i zaśmiewa się cudownie. Wskazuje kierunek ręką, odmyka ją nagłym ru­chem w prawo. Dziękujemy uśmiechami, pędzi­my. Jest nasza strada i jednopiętrowa kamienicz­ka z frontowym napisem „Polski Dom Maryna­rza”. Wchodzimy po kilku schodkach, dzwonię. Otwiera stara babcia, niewiele rozumie naszej mowy, aż sama wreszcie upraszcza:

— Wy polskie matrosy?

— Tak, babciu — odpowiadamy.

— Chadzicie.

Wpuszcza nas, sadowi w fotelach w holu i zo­stawia samych. Czujemy się jak we własnym domu. Śmiejemy się od ucha do ucha. Kres drogi.

98

Po pół godzinie wchodzą dwie eleganckie panie, witają się z nami i siadają. Polki. Pokrótce mówię o naszych zamierzeniach. Staram się mówić bardzo skromnie i z odrobiną wstydu, by nie potraktowały nas jak andrusów, jakimi właś­ciwie jesteśmy. Coraz częściej wstrząsa nimi śmiech, nie mogą usiedzieć. Podnoszą się, jakby chciały uściskać nas. Siadają. Śmieją się dźwięcz­nie, głośno. Jedna z nich mówi po rumuńsku do babci. Po chwili herbata i kanapki. Zachęcają do jedzenia.

— Rozgoście się, czemu jesteście jeszcze nastroszeni — ośmiela nas starsza.

— Baliśmy się trochę — odpowiadam — że panie nawymyślają nam od przestępców, że czeka nas więzienie.

Zagłuszają mnie rozkosznym piskiem i obsypu­ją pochwałami, aż się czerwienimy. Dowiedzieliś­my się, że kierownik pojechał do Bukaresztu, że pustego Domu pilnuje tylko stara Besarabka. Już one jej powiedzą, nie piśnie nawet słowa. Że zbio­rą się wszystkie żony oficerów i uradzą. Za trzy dni przychodzi „Polonia”. Będą rozmawiać z mę­żami, i to jak: — Niech Was tylko nie wezmą, już my im damy! — Aż mrużą oczy i śmieją się z własnych słów. Mamy nie wytykać nosów, ko­menderuje starsza. Babcia będzie nam gotować jedzenie. Besarabka przytakuje i zbiera szklanki.

— Nie wyda nas? — zapytuje Aluś.

Babcia zrozumiała jego nieufność. Jest obrażo­na, krzyżuje ręce na piersiach i zarzeka się w swoim języku. Panie śmieją się i tłumaczą:

— Mówi, że chociażby ją zabijali, że ma takich, synów jak wy. Prowadzą nas na piętro. Babcia otwiera drzwi,

99

pokoik z dwoma łóżkami, świeże powleczenie. Polki żegnają nas.

— Nie będzie wam tu smutno — pociesza nas młodsza, opalona jak Rumunka. — Gdy panie dowiedzą się, że przyszliście z Polski, zaraz tu będą.

— Wy budziecie matrosy, mnogo dziengów, wy kupicie mi sachar — szepcze Besarabka.

— Babciu, mnogo sacharu! — odpowiadamy.

Jeszcze tego samego dnia mamy kilka odwie­dzin. Potem panie przychodziły z winem i ciast­kami. Byliśmy skromnymi chłopakami i dziecin­nie chcieliśmy tylko statku. Może przez to mie­liśmy tak czułą babską opiekę jak nigdy w życiu.

Rankiem trzeciego dnia babcia uroczyście powiedziała nam, że jest „Polonia”. Koło południa przyszły panie z pierwszych odwiedzin, by powie­dzieć, że wszystko już ułożone. Tylko musimy sprytnie wejść na statek. Odeszły, życząc powo­dzenia.

Wyszliśmy. Minęliśmy zadumanego Owidiusza, nie było nam wesoło.

Zobaczyliśmy żółte kominy z widełkami Posejdona. Przeszliśmy Dworzec Morski. Wielki stary grat, już bez pasażerów. Z pierwszego luku krany szarpią ładunek. Trochę gapiów przy trapie i dwóch karabinierów. Podchodzimy bliżej. Grupa robotników idzie na statek, wsuwamy się w śro­dek i razem z nimi stajemy na pokładzie.

— To wy? — zatrzymuje nas wachtowy.

— Tak.

Kiwa głową na drugiego marynarza. Spieszy­my za nim. Mijamy zdziwionych, zaśmiewających się chłopaków.

— Udało się wam! — odezwał się jakiś swojak.

100

Błysnęliśmy oczami. Po zejściu w dół ochmistrz przydzielił nas do kabiny chłopaków.

Statek aż zatrząsł się nowiną. Oglądają nas. Niektórzy z jawną pogardą. „Marynarze, co idą 2000 km pieszo!” Innym podoba się to. Nie tłu­maczymy, że było trochę inaczej. Nie chcemy zo­stać kanciarzami.

Nie mustrują nas ani nie pędzą do pracy. Ciągła niepewność. W każdej chwili karabinierzy mogą nas wywlec.

Nadchodzi dzień odjazdu, pasażerowie już na burcie. Po południu przychodzi po nas asystent z pokładu, w śnieżnej bieli, smukły, o chłopięcej twarzy jak efeb. Tylko tacy mogą prowadzić na Olimp. Otwiera drzwi kapitańskiego salonu, sam zostaje. Ogromna, mroczna przestrzeń, od burty do burty. Za stołem siedzi kapitan, z prawej stoi pierwszy oficer, jego prawa ręka. Obaj w tropi­kach — biel i złoto. Na nasz ukłon ledwo do­strzegalny skłon głowy. Chmurna twarz, maleń­kie oczy przenikają nas na wskroś. Bezruch i chwila stężałej ciszy. Podniosła aura surowego władztwa.

— Panowie przyszli z Polski…

Głos cichy, wolno skandujący, o wschodnim akcencie. Raczej konstatujący niż pytający. Robi mi się wesoło. To „panowie” w jego ustach śmiesz­nie do nas nie pasuje.

— Tak, panie kapitanie — odpowiadamy z Alusiem. Pomruk, z odcieniem wzburzenia.

— Z ambasady z Bukaresztu, przyszły książecz­ki żeglarskie. Jesteście panowie przyjęci. — Składa na nich swój podpis i podsuwa je „prawej ręce”.

101

Pierwszy oficer bierze książeczki i pociąga nas za sobą. Za drzwiami mówi wesoło:

— Zrobicie sobie zdjęcia u fotografa statkowe­go. I do roboty.

Ginie ostatni strach.

Aluś zaraz przeprowadził się do załogi maszy­nowej i poszedł do kotłowni. Widuję go czasami, jak znosi w dół kubeł z zimnym napitkiem dla palaczy, tylko w spodenkach, oblany potem. Ja jestem kartoflarzem, dziesięć i więcej godzin dziennie obieram kartofle.

W Pireusie zeszliśmy na ląd. Przyjemnie czu­liśmy w kieszeniach książeczki żeglarskie. Napi­liśmy się soków z grejpfrutów, wróciliśmy na statek. W Haifie pancernik angielski „Repulse”, ulicami przelatują czołgi, słychać strzały. W dziel­nicy arabskiej, o mało musielibyśmy ściągnąć spodnie, by dowieść, że nie jesteśmy Żydami. Jedno słowo dało nam przejście. — „Polonia” — powtarzał uspokojony tłum.

Po powrocie do Konstancy pierwsza, niepełna wypłata, bardzo dużo lejów. Przekazem poczto­wym spłacamy dług Polakom w Czerniowcach. Aluś ze swoich pieniędzy kupuje 5 kg sacharu dla starej Besarabki. Ba, skoro zarabia trzy razy tyle co ja.

Myślimy o wysłaniu widokówki z pozdrowienia­mi dla wydziału paszportowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Warszawie. W końcu wy­starczy nam uśmiech; zapalczywość mija, gdy człowiek dopnie swego.

Z Pireusu wybraliśmy się koleją elektryczną, potem serpentyną autostrady na Akropol. Las kolumn Partenonu z zachowanym frontonem. Znów Ateny. Na jednej z szerokich ulic pełno rzeźb: w chitonach, w chlajnach, w zupełnej nagości.

102

Późna noc, więcej posągów niż żywych lu­dzi. W wędrówkach po Morzu Egejskim upew­niam się, że tylko tu mogło kiedyś trwać władz­two poezji. Wyspy i wyspy. Na lazurowej toni po­rozrzucane skały wszystkich wielkości i kształtów. Zielone uskoki z pasącymi się stadami owiec i kóz. Gaje oliwek i palm. Wysoki błękit i słońce. Tyl­ko tu mogli żyć ludzie równi bogom, mogli sy­piać z boginiami, bogowie mogli łaknąć ich ko­biet. Chłonie to nawet najbardziej zapijaczony marynarz i spływa na niego radość. Czasem wi­dzimy rybaków, chłopów, w maleńkich łupinach żeglują na którąś z wysp. Niepojęta granica państwowa.

Każdą wolną chwilę po pracy spędzamy na dziobie, w miejscu wydzielonym dla załogi. Opa­lamy się na Arabów. Wykąpany Aluś wypoczywa po katorżnej pracy, której sprostaliby tylko naj­gorsi galernicy. Nie mówimy wiele, bo i po co — jest dobrze. Tylko coś się łamie we mnie, kiedy przypominam sobie słowa, jakie rzuciłem Alusiowi po przejściu granicy. Aluś miał wtedy naj­bardziej naiwną minę, był jak dziecko. Chwilami zdaje mi się, że zapomniał o tym. Ja nie potrafię.

Znów w maszynie zasłabł węglarz. Idę na jego miejsce, w najniższe dno piekła. Będzie za to kupa pieniędzy.

W Konstancy coraz chłodniej, aż przychodzą zimowe szarugi. Po przepłynięciu Dardaneli — wieczne lato. W Haifie na Karmelu wille obsy­pane kwitnącymi różami. Otchłań kotłowni nie odpowiada mi, nie ma powietrza ani słońca, ni widoku. Staram się na pokład, ale tam już licz­na kolejka chętnych. Nocą długo myślę, czy nie odmustrować się przypadkiem i nie zaciągnąć na

103

obcy statek. Zadrżałem wtedy, chciałem wrócić do ojca; mama już dawno umarła…

W Pireusie kazałem szyć ubranie na miarę i płaszcz gabardynowy. Kupiłem trochę bielizny, skórzaną walizkę, by schować to wszystko, i baskijkę z maleńkim daszkiem. W Rumunii słońce już dobrze dogrzewa, w Polsce ma się na wiosnę. Z Bukaresztu przyszedł paszport. Odmustrowałem bez widzenia się z kapitanem. Spakowałem wa­lizkę. Z kotłowni wywołałem Alusia, by uścisnąć mu grabę. Dziwne pożegnanie, tak jakbym wycho­dził za pierwszy z brzegu róg napić się piwa, gdy być może, nie zobaczymy się już nigdy.

Druga, miękka klasa; nie przychodzą tu bose dziewczyny, nie ma Cyganów. Wszystko wydaje mi się dziwne; poddaję się ospałej pewności sie­bie. Chłopi orzą wołami. Na stacjach tłum, odzia­ny własnym pomysłem lub przemysłem. Dużo mężczyzn w sandałach z opon samochodowych. Granica.

Kopiści i deszcz, jak prawie rok temu. Odpra­wa celna po naszej stronie. Czyż jestem już bar­dzo bogaty?

W rowach leżą jeszcze płachcie śniegu. Ziemia coraz bardziej jałowa. Kraj szary, zimny, ale mój. Aż wszystko zamazuje lepka noc.

Rankiem pokazuje się Łódź z burą, mokrą cza­pą dymu. Minęły dwa lata, odkąd wyjechałem z tego miasta. Nie pamiętam tramwaju, pytam o linię do Górniaka. Nie wykorzystałem ostatnie­go urlopu w marynarce — nie miałem na bilet.

W tramwaju niedożywieni ludzie z widmem nę­dzy na twarzach. Myślę, czy nie wziąć ze sobą butelki wódki. Jednak ojciec nie przyjąłby tego dobrze, marnowanie grosza. Od Górniaka smalę z kopyta, z walizką w jednej ręce, z ogromnym

104

kręgiem kiełbasy pod pachą drugiej. W domu zawsze pragnęliśmy najeść się jej do syta.

Nagle Boleś Przybylski. Wzajemny wybuch radości. Zagadaliśmy się, a on przecież do pracy.

— Przyjdę. Serwus.

— Serwus.

Szare, odrapane kamieniczki, strasznie to nędzne. Wchodzę w ciemny korytarz, pukam jak obcy. Słyszę głos siostry. Przechodzę próg. Pisk. Ojciec z brzegu, więc biorę go za bary. Odsuwa mnie i trzyma za ramiona. Aż zbladła sucha, po­ciągła twarz. Małe oczy przeglądają mnie na wskroś.

— Na twarzy nic się nie zmieniłeś. Zawsze dziecinny.

— Wykapany ojciec! — śmieje się siostra. Odpycha ojca, też chce się przytulić. Potem oj­ciec odpędza ją.

— Dałabyś spokój. — Niech odetchnie.

Pierwsze wzruszenie odpłynęło już, ale za jesz­cze jedną taką chwilę popędziłbym na księżyc. Ojciec opowiada, jak to kiedyś chodził do Prus na saksy, zdaje mu się, że i ja powracam z jakiś saksów. Schodzą się koleżkowie, stare baby, już pełna chałupa. Przypominają mi, jak to kiedyś byłem tyci i zawsze w zabawie zasta­wiałem rynsztok ku ich utrapieniu. Muszę od­powiadać.

— Przecież mogliby cię wziąć do więzienia — wypomina ojciec.

— To, co zrobił, nie jest grzechem — bronią mnie baby.

Siostra odkłada pracę, nie może szyć bielizny. Robi sobie święto. Popędzają mnie, więc świecę im jak kiedyś Alusiowi. Wszyscy chcą iść w świat.

105

Przychodzą, odchodzą, w końcu siostra wypędza ich wieczorem.

Chodzę, rozglądam się, rozmawiam z kolegami. Kazetemu już nie ma, partia rozwiązana. Jeszcze schodzą się grupkami, radzą i narzekają, narze­kają i radzą, aż do kołowacizny.

Pieniądze kończą się wreszcie. Ojciec nie pra­cuje. Siostra za grosze depcze maszynę kilkanaś­cie godzin dziennie.

Boleś urządza mnie na poczcie, jestem listono­szem. Zajęcie trochę jak gazeciarz, odpowiada mi. Czasem za dobrą wiadomość ludzie leją we mnie kielicha, kucharki dają podeżreć, bylem tylko listy miłosne przynosił od kuchni. Męką są wez­wania do sądu, zawiadomienia o eksmisji i za­jęciu ostatnich gratów.

Siostra ledwo wiązała końce miesiąca, ani na­jeść się kiełbasy do syta. Widziałem pięćdziesięcio­letnich listonoszy, zesłabłem. Boleś przekonywał mnie: gdy będę się starał, na pewno podniosą mi grupę. On, jako lakiernik w warsztacie samo­chodowym miał już wyższą. Ubierał się ładnie, mnie nie podobało się to.

Paszport musiałem oddać, ale miałem jeszcze książeczkę żeglarską. Przypomniała mi się Gdy­nia, ogarnął mnie strach. Aż w końcu napisałem cały elaborat do generała Zaruskiego, że jestem marynarzem, że pływałem na „Polonii”, że tylko morska przyszłość może być naszą wielkością, że kiedyś Polska była od morza do morza, a teraz w przyjaźni z Rumunią, też możemy korzystać z Morza Czarnego, że stamtąd na Bliski Wschód jest kilkakrotnie bliżej niż drogą wokół Europy, że kiedyś na pewno zostanie przekopany Kanał Wisła-Dniestr i że małe statki będą tędy chodzić z Bałtyku na Śródziemne, że harcerze powinni

106

torować  drogę  tym poczynaniom I założyć przy ujściu Dunaju stanicę.

Zaruski odpisał mi wielkodusznie. Taka stanica będzie brana pod uwagę, a jeśli chcę, może mnie zaciągnąć na   bosmana na „Zawiszę Czarnego”. Grzecznie wypowiedziałem pracę. Siostra próbo­wała mnie powstrzymać, ale ojciec pchał:

— Niech idzie. Co tu ma dobrego? Popatrz na mnie, jak wyschłem.

Zakręciło mi się w oczach, bez walizki wypad­łem na dworzec.

W pociągu miałem dużo czasu, by uładzić się z sobą. To z harcerstwa poszedłem przecież do KZMP i byłem tam aż do pójścia do marynarki wojennej.

Nie chciałem pozbawić się uroków pierwszego, odrzuciłem tylko światopogląd. Nasz drużynowy, harcmistrz Zakrzewski, nie będąc komunistą, snuł plany tworzenia spółdzielni harcerskich, któ­re mogłyby być zaczątkiem komun. W konspiracji mieliśmy taktykę przenikania wszędzie, by kopać, ryć, drążyć, organizować, aby potem porządnie pchnąć, aż wszystko runie z trzaskiem. W roz­sypce, gdziekolwiek byliśmy, czuliśmy się nadal kazetempowcami.

Gdynia nie wydaje mi się straszna. W kilka osób stałej załogi zbroimy „Zawiszę”. Przychodzi dowódca, Zaruski. Jest mały, władczy, nie ośle­pia strachem. Żywiołowa młódź strasznie go lubi. Zaruski zawiera w sobie jej dążenia i marzenia. Jest generałem, ma jednak twórcze, szerokie spojrzenie na świat.

Przechodzimy na szkolny, służbowy dryl. Sta­ram się dopiąć, by zmieścić się w nim. Nie lubię komendy, a jeśli mam ją wykonać, coś we mnie chichoce, przełamuje się śmiechem.

107

Po całodziennym, ptasim zgiełku idę wzdłuż nabrzeży, by popatrzeć na statki. Poniżej Żeglu­gi Przybrzeżnej leży szkuner rybacki „Marie-Alice”. Chłopaki w swobodnym spokoju. „Marie-Alice” ma trochę przykrótkie maszty, obcięte, pewno wpakowali jej potężnego dizla. Ogromne, ryżawe chłopisko płucze w nafcie tuleje, panewki. Spoglądamy na siebie, śmiejemy się. To Chojnacki z emdelotu*. Rozpoczynamy rozmówkę. Idą na pionierską wyprawę homarową na Skagerrak, mają niepełną załogę. Na drugi dzień przenoszę się na „rybaka”, odchodzimy w niezapomnianą noc świętomorską. Za nami kuter, inne mają przyjść później.

Stoimy w porcie rybackim Skagen, przy sa­mym cyplu Jutlandii. Rybaków że ho, ho! Z ca­łej Północnej Europy. Na szkunerze urządzi­liśmy fabryczkę konserw: stoły, maszynka do za­mykania puszek, kocioł do gotowania. Przerabia­my szyjki homarowe i makrele. Zaopatruje nas w nie kilka polskich kutrów, inne sprzedają rybę na miejscowej, wielkiej aukcji.

Kiedyś po robocie siedzimy na nabrzeżu z no­gami spuszczonymi ku wodzie. Chojnacki mówi, że pisuje z Alusiem. Aluś powrócił już do Gdyni, bo stary grat „Polonia” ma iść na złom, a sam niedługo tu przyjdzie i zajmie miejsce Chojnackiego, bo ten jedzie do Anglii na większy szkuner-tramp, którego współwłaścicielem jest Polak, sławny Pigiel. Rzeczywiście, wkrótce przybywa trawler „Ławica” z puszkami dla nas — i z Alu­siem, a Chojnacki odpłynął pasażerem z Kopen­hagi.

Aluś jest już otrzaskany, pewny siebie i bar­dzo cięty na robotę. Nie mówimy wiele, rozumiemy

* Morski Dywizjon Lotniczy — w skr. MDL

108

się doskonale. Czas nie może zatrzeć naszej wielkiej drogi. Nie wspominamy jej jednak, sie­dzi w niej cierń, raniący nas obu.

Coraz częściej przychodzą Duńczycy, mówią o wojnie, od nas chcą się czegoś dowiedzieć. Nie jesteśmy ciekawi, mało to mówiono o wojnie? Aż jednego wieczora ogarnia nas niemy pośpiech. Szukamy się po mieście, potem zrzucamy cumy i odchodzimy. Kierownictwo wyprawy dziwnie zainteresowane silnikiem. Aluś dogląda go jak nowo narodzonego dziecka. Dowiadujemy się, że z Gdyni przyszła iskrówka, by natychmiast pły­nąć do Szwecji. Nad ranem przychodzimy do Marstrandu. Celnicy pytają, czy już wojna. Ale wy­buchła dopiero następnej nocy. Niemały wstrząs. Nocą przemykamy się wodami terytorialnymi do Göteborga. Stajemy na Gocie, wiążemy do boi.

Przychodzą coraz cięższe dni, w końcu czas zapa­da się i odpływa z naszych zainteresowań. Wieczora­mi siadamy na pokładzie, mało słów, drętwo. O pięćdziesiąt metrów na rzęsiście oświetlonym drewnianym pomoście miejscowe podlotki urzą­dzają sobie zbór ze śpiewami, piskami i śmiechem. Przychodzą jesienne chłody, my nie mamy nawet ciepłej bielizny. Zapłatę według umowy mieliśmy dostać po powrocie do Gdyni. Coraz bardziej ja­łowe jedzenie, w końcu objeżdżamy łódką kilka stojących w pobliżu polskich statków, ściągamy kartofle, krupy, kawał słoniny, co się da. Kie­rownictwo często przychodzi pijane, chłopaki wi­dują je za ogromnymi taflami szyb luksusowych knajp. Zaczynamy szemrać. Idę w delegacji. Karp, ogromne chłopisko, współwłaściciel kutra, chce mnie wypędzić. Powstrzymują go dwa inteligenciaki. Wrogość. Późnym wieczorem słyszymy z pomostu Karpia,

109

wołającego o łódkę. Przewiózł go jeden z Kaszubów. Karp przetacza się przez reling jak monstrualny krab z bluzgiem pijackich przekleństw. Nie jest ułomkiem, rybak na schwał, stary awan­turnik. Staje mocno na pokładzie, toczy spoj­rzeniem. Chłopaki cichną, by nie dać powodu. Spostrzegł mnie i wali wprost. Ociera się brzu­chem, lekceważąco, pewnie. Z gardła zionie wóda, charkoce:

— Ach, to ty! — Cwany łobuz nie mówi, że byłem delegatem. Nie chce poruszyć innych. — Masz szczęście, że nie byłeś w łódce.

Bluzga na mnie plugastwem. Roślejszy o głowę, szrama jak krecha przy nic nie wyrażających ustach. Patrzę w wypłowiałe oczy zbója. Karp wyczuwa, że jeśli mnie ruszy, teraz pójdę, mimo przegranej, na całego. Chce tą gotowość zdusić coraz groźniejszym bluźnieniem, załatwi mnie, kiedy będę porażony strachem. Milczę, zmęczy się, przestanie. A jednak oblewa mnie nie kończący się potok gnoju. Nagle tuż przy nim Aluś. Do­bywa nóż od patroszenia ryb, przykłada mu do brzucha.

— Ani słowa! — Brzmienie słów trochę cienkie, ale strasznie zajadłe.

Karp milknie. Na bladym pysku odcień ironii, ciągle szatańsko groźny. Odchodzi, macha ręką. Bulgoce sam do siebie i znika w zejściu do po­mieszczenia dla kierownictwa.

Pilnujemy się trochę. Aluś jest jeszcze skrom­niejszy, a przecież „oddał mi” z nawiązką to głu­pie powiedzenie znad granicy rumuńskiej. Jest górą, ale — zdaje mi się — on tak nie myśli…

Tuż przed wyjściem naszych statków do Anglii, w kilku komunistów odrywamy pół setki mary­narzy i — zostajemy. Szwedzi umieszczają nas,

110

zdrowych byków, w domu dla starców. Politykujemy. Aluś nie bierze w tym udziału, chodzi ciągle po porcie, w końcu przepada. Nas przewożą na farmę świńską do Pielbo. Z ambasady radziec­kiej nie możemy doczekać się pozwolenia na wy­jazd do tego kraju. Nie mogą doczekać się i Szwedzi, w końcu pakują nas do więzienia w Göteborgu. Pięciodniowa głodówka, sprawa w Rikstagu. Możemy iść na statki. Z więzienia wiozą nas przed samym zdejmowaniem cum, jak kiedyś za starych, wielkich i dobrych marynar­skich czasów.

I trafia mi się „Blankaholm”, najlepszy statek w moim życiu. W Anglii nie mamy zejścia na ląd jako neutralni, a w Stanach tylko ja nie dał­bym dęba. W wolno wlokących się po Atlantyku konwojach dużo czasu do rozmyślań. Wspominam Alusia, nie wiem, gdzie się obraca. Może zapom­niał już o mnie? Tak byłoby najlepiej, pozbędzie się ciernia.

Po roku odmustrowałem w Norfolku. Ani mi się śni zostawać tu dłużej. Chcę tylko wydać pie­niądze, by się nie utopiły. Straszna chwila — tonąć z pieniędzmi. Chcę obejrzeć ten piękny kraj. Nowy Jork jak jakaś Belgia czy Holandia, cudowna Floryda. Wydawałem szybko, a resztę ukradł amerykański Polak, włóczęga, którego przyhołubiłem. Oby mu dobrze służyły. Cieszyłem się, że chociaż trochę opłaciłem gościnność, jaką darzyli mnie rodacy. U obcych było dobrze, miałem nawet trochę szczęścia w wygodnym urządzeniu sobie życia. Ale znowu chciałem do ojca. Przed pójściem na statek, chciałem nacieszyć się Polakami. Wy­brałem Detroit. Wieczne lato Florydy uciekało w godzinach jazdy. Pędziłem samochodami na gapę. Spałem w czasie jazdy. Szoferzy ogromnych

111

troków zabierali mnie ze sobą na posiłki do swych barów. Trafiało się, że jedliśmy w dobrej restau­racji przy jednym stole z właścicielem drogiej li­muzyny. I znów w drogę. Trochę wolniej przedar­łem się przez karkołomne i pustawe Alleghany. Ciężka zima. Zwały i nawisy śniegu. Strzaskane ciężarówki w przepaściach. W Detroit Dom Pol­ski — pełno jadła i praca.

Butelkuję lemoniadę u Polaka. Właściciel fa­bryki najwięcej z nas wszystkich pracuje i świę­cie wierzy, że będzie milionerem. Wieczorami cho­dzę do Domu Polskiego. Strasznie tu dobrze, czasami zdaje mi się, że jestem w Polsce. Któ­regoś dnia w holu, miałem już wychodzić, a ciągle nie mogłem pożegnać się z krajanami, widzę przez oszklone drzwi zajedżający ładny, ciemnowiśniowy samochodzik. Wychodzi para. Smukła dziew­czyna w białym misiu, o bujnej, jasnej grzywie. Facet trochę niższy, w burym, wojłokowym płaszczu. Kiedy przeszli obok nas, aż otworzyły mi się usta. A facet jeszcze rozgląda się po bu­fecie.

— Kto to jest? — pytam.

— Mechanik, bardzo zdolny chłopak. Będzie inspektorem odbioru u Chryslera — gorliwie odpowiadają mi krajanie.

Pędzę. Ta sama skromność. Twarz trochę blada.

— Co tu robisz, Aluś?

Twarz jeszcze bardziej jaśnieje. Oczy rozbłysły w dobrym uśmiechu.

— Nie może tak być, że jeden dupa, a drugi głowa!

Potem z otwartymi ramionami runął na mnie do serdecznego uścisku.

112

GUADALAJARA! GUADALAJARA!

Ciało moje i myśli przepełnione były bólem, aż jęk rozsadzał głowę. Chwilami byłem na nic nie­czułą bryłą lodu, to znów krew tętniła żarem jak płomień. Drżałem. Paleniska szumiały jak żywioł. Za stalową ścianą pasł się nim łomot tłoków — znaczący ponury rytm mojej męki.

Przy środkowym kotle stał olbrzymi Kola. Spoglądał w popielnik i mruczał coś do siebie czy do ognia. Pod jedną burtą kwadratowy Funio jak niedźwiedź przestępował z nogi na nogę i oglą­dał się jak za pajdą z miodem. Sidorowi twarz złagodniała niczym dziecku, wyrośnięty był jak Kanak… Potężne, nagie torsy wypoczywały w łatwej wachcie. Odbiłem klapy „rękawów” i węgiel sam sypał się pod kotły. Można było ode­tchnąć…

To było tak, jakby umarła mi matka, jakby wymarła mi cała rodzina. Mój ojciec, człowiek nieskończonej dobroci, tę samą dobroć wpajał mi przez całe życie. To wszystko nieprawda, był w błędzie. Można ludzi zabijać jak muchy. Od­wracałem się, kiedy ucinano łeb kurze, a teraz wziąłbym topór i rąbałbym ludzi.

Miałem trochę ponad dwadzieścia lat, byłem węglarzem i pracowałem wcale nie lżej od Koli. Kobiety mogą się wypłakać, mężczyźnie, jeśli tak się podda, świat wali się na głowę.

Do Koli przytoczył się Funio, podszedł Sidor. Pokazali sobie wesołe gęby, potem spoglądali na mnie, jakby zapraszając. Nie miałem ochoty.

113

— Nic nam dziś nie powiesz? — wołał Kola.

Podszedłem.

— Co wam powiedzieć? Czy jak Niemcy i Włosi zbombardowali Guernikę i Almerię?

— Ano! — domagał się Funio.

Mówiłem im o Guernice, obróconej w perzynę przez włoskie i niemieckie samoloty, o Almerii, bombardowanej przez „Deutschland”.

— I to tak we śnie; niektórzy budzili się jesz­cze na swoją śmierć — ruszył wyobraźnią Kola.

— Kobiety, dzieci… — dopowiedział Sidor. Mimo trzydziestki był zupełnie chłopięcy. Kobiety były, by mógł je kochać i dawać im rozkosz.

— Łotry — wymruczał Kola.

— I to Niemcy? — nie mógł pojąć Funio. Po­chodził z Pomorza; był zapatrzony w ich kulturę.

— Hitlerowcy, faszyści! — odpowiedział Kola, jakby to był inny gatunek.

Posmutniały twarze. Kola przeklął, chwycił ło­patę i ze złością wydzwaniał nią o kocioł na pod­sypkę. Ujęli swoje i wzięli się do roboty. Twarde, zawzięte zmaganie się z ogniem przynosiło ulgę dławiącej ich ludzkiej męce i śmierci. Byli bez­bronni, bezsilni i gniewni. Wypowiadali parę pro­stych słów bez bluźnierstw i przekleństw, by nie urazić zmarłych. Trafił się dobry węgiel i do sa­mego końca wachty nie zaznali radości łatwego palenia.

Po wachcie siedzieliśmy na materacach i pali­liśmy papierosy. Obszerne podwyższenie rufowe drgało trochę od mlących śrub, ale przyzwyczaje­ni, nie dostrzegaliśmy tego. Statek sunął na naj­większej szybkości, bez najmniejszego kołysania jakby stał w miejscu.

Głęboki, ciemny błękit wody i jaśniejszy nieba, z łagodnym blaskiem drżących gwiazd. Morze

114

tchnęło orzeźwiającym, mokrym ciepłem. Noc jak puszysty kot ocierała się o nasze czyste już skóry. Z dolnego pokładu dochodziło zawodzenie w hibru.* Z otchłannego smutku przebijała najczystsza ra­dość. To pasażerowie,   „wieczni tułacze”, płynęli do swojej Ziemi Obiecanej.  Przy  schodkach, na samym brzegu wzniesienia, wyłoniła się samotna kobieta, niepewna i ciekawa. Nikt nie odezwał się ośmielająco, by została. Sidor podszedł i oparł się o reling, ale więcej niż na wodę spoglądał na pokład, na pary siedzące w leżakach, splecione w objęciach rąk. Wrócił po chwili i wymówił cicho:

— Ale tam są śliczne dziewczyny!

— Gdzie? — pytał Funio.

— W Andaluzji.

— Ooo! — zawtórował Kola.

Tam ogniste dziewczyny w zapamiętaniu od­dawały się płomiennym rytmom fandango, w kaskadach kaskanietów, w szumie gitar. Czyste^ perliste głosy unosiły się w ekstazie, w obejmu­jących męskich przyśpiewach. Potem zamierały w pocałunkach. Zakołysała mi się śródziemnomor­ska noc. Teraz, w tej chwili, zabijano te dziew­czyny jak muchy. Ich chłopcy odrzucili gitary i z karabinami w rękach, w ostatnim krzyku, rzu­cali się w objęcia śmierci.

— Ale tam są dziewczyny! — powtórzył Funio.

— Daj spokój — strofował go Kola — nie są najszczęśliwsze.

Legliśmy na materacach, aż wszystko okrył dobry sen.

Węgiel nie sypał się już sam, trzeba go było brać z wielkiego bunkra. Nakładałem czubate ło­paty na żelazną taczkę, ile się dało. Chwytałem

*w języku hebrajskim

115

drewniane uchwyty, prostowałem grzbiet i napierałem całym ciałem. Ostrożnie przemykałem wąskim przejściem pomiędzy parzącymi kotłami i jednym ruchem, przez koło, wywracałem taczkę. Pod paleniskami było niewiele węgla. Nadążałem, ale chciałem zrobić zapasik, by odsapnąć trochę. Z pustą taczką pędziłem biegiem, i znów od nowa; nakładałem uważnie, by po drodze nie usypywał się czub i by bryły nie zaśmiecały mojego toru. Nieraz o mało nie wybiłem sobie zębów. W wąskim przejściu syczałem z bólu, znów otar­łem się o rozpalony kocioł. Z początku na obu ramionach miałem skorupy oparzeń, dopiero nie­dawno wygoiły mi się. Spływałem potem, aż bluzgało w buciorach, choć na każdą wachtę staran­nie owijałem stopy świeżo wypranymi, suchymi onucami z białej flaneli.

— Pływasz? — zawołał Sidor.

Strącałem pot ze łba, by nie ślepił. Było to prostsze niż wycieranie szwajstukiem*, jak robili palacze.

— Nieźle biega — śmiał się Funiu.

— Jak szprinter — dogadywał Kola — ze dwa lata, a wyślemy go na Olimpiadę.

Parskałem im śmiechem w nos i pędziłem jeszcze szybciej.

— Nie chciał być marynarzem od strugania kartofli — dobiegł mnie głos Koli.

Był to cholerny czas. We dwóch w dzień i noc obieraliśmy ziemniaki dla tysiąca pasażerów i dwustu osób załogi. Miałem ziemniaczaną skórę i bałem się, że mi kartofle wyrosną na dłoniach. Przeklinałem Kolumba i odkrycie Ameryki. By nie przyzwyczaić się do siedzącej roboty, sam najwięcej natrząsałem się z siebie. Aż padł mój

*mały ręcznik

116

poprzednik z obecnej pracy. Przewrócił się i nie mógł wstać. Wyciągnęli go na wierzch w wielkim kiblu od popiołu, a ja zeszedłem w dół, na jego miejsce. Teraz byłem między chłopami z żelaza. Byli ponurzy, niemi i dumni ze swojej roboty. Kiedyś jakiś zwariowany pasażer popchnął ste­warda. Zaczęto narzekać i jęczeć, może poszłoby wszystko w niepamięć, ale palacze zebrali się w messie i jednego spośród siebie wysłali do kapitana, że proszą go do siebie. Kiedy przyszedł, Kola wymruczał niskim głosem:

— Tu nie ma nic do gadania. Musi przeprosić.

— Może być gorzej — dorzucił ktoś.

— Rzucimy sukinsyna za burtę — jeszcze inny.

— No, no, panowie, jeszcze ja tu jestem — odpowiedział spokojnie, powiódł po nas władczo jasnymi oczami i wyszedł.

Po dłuższej chwili przyszedł jego oficer.

— Przeprosił — powiedział miękko i odszedł.

U kapitana cieszyliśmy się łaskawymi względa­mi. Czasami w codziennej inspekcji pytał nas o jedzenie, doradzał najlepszą wołowinę, kury, że niby można wybrać. Nikt prócz palaczy nie śmiał wtedy zagadać do niego. Zawsze wchodził pierw­szy, w śnieżnym uniformie kapiącym od złota jak w ornacie. Za nim kierownik działu, starszy oficer, lekarz, ochmistrz, któryś z młodszych oficerów i pisarczyk. Rozpoczynał uroczystą celebrację z kardynalskim namaszczeniem. Nie uśmiechał się nigdy. Mózg i wola, wokół niego oficerski rozrząd. Do dziś nie mogę pojąć, jak można znieść taki stan ciągłego napięcia. Mieliśmy najtroskliwszą opiekę, jak okazałe woły od najcięższej roboty. Kapitan Stankiewicz, „Byk”, były wielkorządca na Rusi, ostatnio wódz na „Polonii”, Wielki Pan, Dobry

117

Pan, potężny filar bożego i cesarskiego porządku, ostatni z Horeszków w naszej flocie.

— Starczy już! — wołał Funio.

Nawoziłem węgla aż po popielniki. Wytarłem twarz. Nabierką sięgnąłem z kubła cytrynowego napitku z lodem. Przeniknął mnie dobry chłód. Zeszliśmy się, by popatrzeć na siebie w tej czarnej otchłani i by chociaż słowami z niej wybiec.

— Mów o Hiszpanii — odezwał się Kola.

— Zrobi wam się smutno — opędzałem się.

— Mów, mów — dopominali się Funio i Sidor.

Mówiłem o umęczonym Oviedo, Santander, o Barcelonie i o Madrycie, strząsającym z siebie całe armie, o dzielnej Guadalajara, o Ebro. O bo­haterskich miastach, rzekach i górach, o Garcii Lorce. Zapadało w nich.

Kiedy umorusani odpoczywaliśmy po wachcie na spardeku, mówili do siebie:

— No passaran!

— Guadalajara!   Guadalajara!  — wołał Kola.

Nigdy nie mogłem się dość napatrzeć na pod­sypkę. Otwierali paleniska, aż ślepiło oczy. Bu­chała spiekota. Rozciągali gracami biały żar i brali się do łopat. Płynne ruchy wyznaczały łuk lotu węgla tak, jak chcieli, nakładał się wtedy równą warstwą.

Skręcające się nagie torsy we wszystkich od­cieniach płomiennej czerwieni, zacięte twarze, przymrużone oczy, by ich nie wyżerało gorąco. Funiu ze złością robił na siłę, Kola lekko, a Sidor bardzo zręcznie, tylko, biedny, miał delikatne wargi i zagryzał szwajstuk. Wszystko jak naj­szybciej, by nie spadła para. Potem odkładali ło­paty i łagodnieli. Pędziłem z taczką i rosły nowe góry pod kotłami. Całą trójką skupieni przy Koli, wołali:

118

— Guadalajara!  Guadalajara! Znaczyło to, że starczy węgla, że wołają mnie do siebie, i dużo, dużo więcej. Odstawiłem taczkę.

— Chce wam się śpiewać?

— Tak wpadło w ucho — odezwał się Kola. — Jak to tam było od początku?

— Po wyborach socjaliści byli w większości.

— W Kortezach — wtrącił Kola.

— W Kortezach. Chcieli ziemię zabrać obszar­nikom i ukrócić burżujów. Wtedy ich Franco ze swoimi dzikusami rozpoczął juntę w Maroku. Wy­lądował pod osłoną hitlerowskich i faszystowskich wojenników. Wojsko w większości poszło za nim. Miał za sobą oficerów.

— Zawsze sukinsyny — bluznął Funiu.

— To ich policjanty — dodał Kola.

— Niemcy i Włosi wozili im broń i amunicję.

— Przecież na każdym takim statku był przynajmniej jeden komunista. Wystarczy jedną większą kulkę przynieść w szmatach i rzucić pod kocioł, jest dużo sposobów. — Kola nie był komunistą, ale miał do nich urazę, że tak nie robili.

— Potem przyszły całe armie faszystowskie, ich lotnictwo, korpusy pancerne, okręty wojenne…

— Kortezy nie pomogły — wyskoczył Funiu.

— Łotry, chcą zniszczyć biednych ludzi! — bluznął Kola.

Mówili o wojnach. Byli najzupełniej pewni, że każdą, na którą trzeba przez morze wozić broń, marynarze mogliby skuć, wysadzając statki w powietrze.

Wachta miała się ku końcowi. Spieszyliśmy się, by ja dobrze zdać. Na następnej podeszli do mnie już po pierwszej podsypce.

119

— No i jak tam, dają sobie radę z taką siłą? — niepokoił się Kola.

— Nie wszystko wojsko poszło z Frankiem. Radiotelegrafiści na okrętach odbierali depesze z Madrytu. Marynarze chwytali karabiny i siłą zajmowali mostki. Wielu oficerów poszło za bur­tę — flota jest czerwona. Powstali katalońscy robotnicy, górnicy Asturii, ogromna większość narodu. Mają niezwykłą kobietę, nazywają ją Passionarią. Jest głosem kobiet i matek całej Hiszpanii. Baskowie z Matką Boską na piersiach szli na guerrile, w góry.

— Dobrzy ludzie — wymówił Sidor.

— Z całego świata ściągali robotnicy do brygad międzynarodowych. Włosi Lista idą na faszy­stowskie regularne armie najchętniej i z najwięk­szą zawziętością. Są i nasi Dąbrowszczacy ze Świerczewskim.

— Kozietulscy! — zaśmiał się Sidor.

— Daliby sobie radę, gdyby mieli czym. Wstrzymano dostawę broni. Burżuje założyli Międzyna­rodowy Komitet Nieinterwencji.

— A Niemcy i Włosi? — dziwił się Funiu.

— Wszawa polityka! — bluznął Kola.

— Guadalajara! Guadalajara! — zawołali i roze­szli się.

Poszedłem z Sidorem czyścić palenisko. Sidor skupiony nakładał skórzane rękawice o jednym palcu. Otworzył drzwiczki. Węgiel przepalił się zupełnie, aż stopił się w biały żar bez płomy­ków. Przegarniał go na jedną stronę ciężkim drągiem o spłaszczonym końcu, podważał i łupał szlakę oblepiającą ruszt. Wygarniał ją gracą na zewnątrz, białą i ognistą. Odpryski odkopywał ciężkim butem i znów przystępował bliżej. Bu­chała spiekota i kwaśny czad kręcił w głowie.

120

Zalewałem to wodą z kubła, by nas nie podusiło. Woda zamieniała się w parę, parzącą jeśli nie odskoczyłem w czas. Potem Sidor przegarniał cały żar na oczyszczony ruszt i brał się do drugiej połowy. Kiedy i ta była czysta — przesuwał ogień na środek i podsypywał trochę węgla, by szybko się zajął. W małych odstępach podsypywał jesz­cze ze dwa razy, aż ogień znów narósł. Szybko uprzątałem szlakę, by pomóc innym. Wśród tego jeździłem taczką, aż dudniło.

Najwięcej dawało nam w kość czyszczenie palenisk. Po nich dopiero ogień buzował, ale kiedy byliśmy najwięcej zmordowani, ktoś wołał nagle: — Guadalajara!  Guadalajara! Odpowiadaliśmy mu takim samym, mocniejszym przyśpiewem.

Byłem obarczony niepisanym obowiązkiem ga­dania im w kotłowni o Hiszpanii. Pożyczałem od oficerów gazety przysyłane z kraju. W portach kupowałem angielskie i amerykańskie. W Pa­lestynie Żydzi zaczynali bić się z Arabami o zie­mię, a tyle jej tam było niczyjej. Jak dzieci, któ­re drapią się czasami, gdy nie mogą siusiać do wspólnego dołka. Starzy ludzie nie są mądrzejsi. Głusi na wszystko, nawet na Hiszpanię, grzebią sobie radośnie w innych krajach i pogdakują niefrasobliwie. Kury krzyczą dopiero, kiedy tracą łby.

W Konstancy braliśmy pasażerów. Oszalały podróżą do raju tłum. Hotelowi i pokładowcy mieli pełne ręce roboty. Nas to nie obchodziło. Z podwyższenia rufy oglądaliśmy w niemym zadziwie­niu mrowiący się pokład; szum rozmów, głosy wzbijały się aż w ekstazę. Czekaliśmy cudu. Zda­wało nam się, że Żydzi uniosą się w górę i po­lecą bez nas, wprost do Ziemi Obiecanej.

121

— A może polecimy całą „Polonią”? Trzymać się dobrze relingu, chłopaki — mruczał Kola.

Żałowaliśmy ich. Najgłupszy z nas wiedział, że ich Ziemia Obiecana obficie spłynie nie tylko potem, ale i krwią. Ci mądrzy ludzie odczuwali jednak ptasią radość.

Byłem skołatany, miałem dość Hiszpanii. Kiedy wreszcie przestaniemy być ptakami, kurami i psot­nymi dziećmi? Kiedy każdy z nas zacznie popra­wiać zło u siebie, a jeśli pokaże się gdzieś większe schorzenie, kiedy weźmie je za chorobę nas wszystkich? Kiedy wreszcie uczujemy, że cała ziemia jest naszą wspólną ojczyzną?

Z czerpaka w dźwigu leciał węgiel na bunkier. Dudnił głucho. Cieszyłem się, że znów będzie łatwe trymowanie.

W kotłowni był chłód. Tylko jeden kocioł pod parą, na prądnicę i ciepłą wodę. Bawił się przy nim Kola. Dźwigi pracowały z nabrzeża. Przy drugim, wygaszonym kotle Funiu wymieniał ru­szty w palenisku i naprawiał mostek, murował nowe, szamotowe cegły. Pod trzecim staliśmy z Sidorem na deskach, przełożonych na kobyłkach. Pchałem w płomieniówkę okrągłą szczotką na długim drucie. Wyciągałem ostrożnie, by nie za­prószyć oczu. Sidor robił to samo. Z początku było nieprzyjemnie. Sadze oblepiały nas całych, plu­liśmy i smarkaliśmy nimi. Umęczeni, spoglądaliś­my po sobie, ale potem śmialiśmy się do siebie jak diabły. Murzyni pozazdrościliby nam koloru. Sidor był jak Watusi.

Funiu mieszał w kuble zaprawę, a Kola jak Lucyfer mruczał śpiewnie. Doszedł nas głośniejszy szum mechanizmów. Z maszynowni wyszedł wy­soki szef — inżynier w niepokalanej bieli z obfi­tym złotym szamerunkiem. Za nim, jak gronostaje,

122

przemknęły kobiety w jedwabnych sukienkach. Znieruchomiały na chwilę, potem zaczęły roz­glądać się. Młodsza była wystraszona. Starsza w pełnym kobiecym rozkwicie przyglądała się Sidorowi i uśmiechała się swobodnie. Szef spojrzał na nie, skinęły głowami, pomógł im wyjść.

— Nowe pasażerki. Nasamprzód oprowadza je — powiedział Kola.

— Ale mu się przyglądała! — zarżał Funiu.

— Wolałaby z tobą, Sidor, legnąć na węglu niż z tym zdechlakiem w piernatach.

— Szef, inżynier, głupstwa pleciesz Kola — opędzał się Sidor.

Skończyliśmy oczyszczenie rurek. Zeszliśmy, zapaliliśmy papierosy.

— Jak tam nasi Kozietulscy? — zaczynał Kola.

— Dać im samoloty, tobyś zobaczył, jedna Somossiera! — porywczo, wesoło bronił Sidor.

— Lepiej by pohulali niż tamci na koniach — przywtórzył mu Kola.

— Nasi mają dryg do latania! — cieszył się Funio.

— Najlepsi są górnicy, swoimi patyczkami dają radę czołgom — z uznaniem mówił Kola.

Z maszynowni wypadł czwarty mechanik, Paulus. Funio ruszył nozdrzami, że śmierdzi, i ucię­liśmy rozmowę. Mechanik obejrzał naszą robotę i wyszedł.

— A tych szczeniaków nie wykurzyli jeszcze! — zawołał Kola.

— Jakich? — pytał Funiu.

— No, tych zapieprzonych lwów Alkazaru.

— Jeszcze nie — odpowiedziałem.

— Można by zrobić podkop — myślał głośno Kola — i dynamitem! — Zgarbił się, jakby niósł

123

go na swoich ogromnych barkach. — Co tam nasi robią?…

— A ty zrobiłbyś to? — zapytałem.

— Czemu nie? — odpowiedział nieśmiało.

— Łatwo mówić, bo tam nie jesteś — gasił go

Funiu.

— Łatwiej zrobić, niż dostać się tam.

— A pojechałbyś, Kola? — cisnąłem go.

— Pewno!

— Wszyscy pojechalibyśmy — wymówił Funiu,

a Sidor przywtórzył.

Usłyszeliśmy na szczeblach schodzącą nową

wachtą.

— Guadalajara! Guadalajara! —witał ich Kola.

— Guadalajara! Guadalajara! — odpowiedzieli

mu.

— U ciebie, Kola, ciągle tylko o Hiszpanii!? —

dziwił się ober nowej wachty.

— A u was o dupie Maryny — przymrużył do nas oko. — Świnicie pod nawiewnikiem, by zla­tywały się pasażerki z pokładu. My też, ale cicho.

Już piął się po drabinie, my za nim.

Przez odbite klapy „rękawów” znów sypał się węgiel. Był jakiś za dobry. Lał się, że nawet sztuczny ciąg nie bardzo pomagał. Palacze często chwytali drągi z wystającymi nożami i przerzyna­li ruszty z popielnika, by paleniska chwyciły po­wietrze.

Po podsypce Kola usiadł na wielkiej bryle węgla, okrytej przerzuconym workiem i wsparł głowę na dłoni jak umęczony jaskiniowiec. Po­deszliśmy do niego. Czarna, zgnębiona twarz i złe oczy.

— Co tak dumasz? — zaniósł się głos Sidora.

— Wojna rozłazi się jak wszy — dobył się z niego pomruk.

124

— Czasami jak cholera i ogień — poprawił Funiu.

— Ale ta w Hiszpanii nie jest dobra.

— Żadna nie jest dobra.

— Tam idzie o naszą skórę. Potem hitlerowcy przyjdą do nas.

— Jeśli tam wygrają… — zastrzegł się Funiu.

Zaległa cisza czarnych przewidywań. Kotły szumiały cichym jękiem. Z najbliższego paleniska sypnęły się skry.

— Już wygrażają. Przecież to jasne — zdjął dłoń z twarzy, pozbył się zasłony.

— A nasz rząd trzyma z Frankiem i z hitlerow­cami! — wołał Funiu.

Nieraz w kotłowni było ciężko, choć dobrze też było. Teraz poczuliśmy się osaczeni i bardzo bied­ni, zdławieni w głębokiej czeluści. Dla nas były tylko łopaty, ciężkie żelazne drągi i więgiel. By­liśmy odsądzeni od myśli. Przemądrzała racja stanu była dla wybranych. Znaczyliśmy tyle co trawa.

— Guadalajara!  Guadalajara! — zawołał Kola.

— Guadalajara! Guadalajara! odkrzyknęliśmy i braliśmy się do roboty.

Syciliśmy ogień jak diabły, znajdujące w tym ulgę. Ale kiedy mieliśmy wolne ręce, otchłań cisnęła nas jak potępieńców. Mordowaliśmy wach­tę jak nigdy.

Zmieniały się morza, kraje i porty. Aż raz, kie­dy w Pireusie wyszedłem z kotłowni i usiadłem na spardeku, by wypalić papierosa — zdębiałem. Tuż za naszą rufą, na białym obleniu średniego pasażera zobaczyłem dużą cyrylicę, a pod nią mały napis: „Swanetia” — Odessa! Byłem bardziej wzbu­rzony niż kiedyś na Akropolu. Przy messie prze­darłem się przez gromadę obdartych Greków

125

z lądu, wołających po polsku „daj jeść” i popędziłem do kabiny. Na brudną skórę wrzuciłem dunkry i spłowiałą koszulę bez koloru. Chwyci­łem paczkę papierosów i wybiegłem.

Darłem się przez wielotysięczny tłum, przy­glądający się w serdecznym zachwycie białemu pasażerowi. Znad głów gapiących się spoglądałem w ostrym nacięciu. Za liną, na pustej przestrze­ni na całej długości statku, chodzili umundurowani marynarze greccy z karabinami o nasadzonych bagnetach. Przy trapie kilku policjantów. Na po­kładzie oficerowie emigracyjni i celnicy. Nic nie uszło mojej uwagi, na wszystko byłem uczulo­ny bardziej niż klisza. Może podświadomie wy­czułem, że pewność siebie strażników jest tak .wielka, iż zaślepia ich.

Na pokładzie przy trapie pojawiła się gromad­ka radzieckich marynarzy. Oficerowie emigracyj­ni uważnie przeglądali przepustki i dowody. Cel­nicy macali ich, zaglądali do kieszeni. Miły obrzęd przed zejściem na ląd. Potem wolno, je­den z drugim, schodzili radzieccy marynarze po trapie, kierując się do liny wprost na mnie. Prze­szli ją i kiedy ostatni miał ją przekroczyć, coś powiedział w ich języku. Zatrzymali się i zaczęli wracać. Było ich czterech czy pięciu. Wsunąłem się w sam środek, idąc jak oni z twarzą jak oni. Pilnujący ciągle mieli ich na oczach, przepuścili ich i mnie z nimi. Skierowałem się z gromadką w stronę rufy. Kiedy schodzili do kubryku, od­szedłem rufą na niewidoczną stronę i wróciłem na śródokręcie. Byłem sam. Schować się — pomy­ślałem. Nic łatwiejszego — Guadalajara! Guada­lajara! — doszło mnie z wnętrza „Polonii” woła­nie mojej wachty. Zacząłem rozglądać się za kimś z załogi. Od

126

dziobu nadeszło trzech chłopaków z farbami i pędzlami. Kiedy mieli mnie mijać, zatrzymałem ich.

— Prowadźcie mnie do kapitana. Dwaj młodsi spojrzeli pytająco na starszego ko­legę.

— Kapitana nie ma, poszedł na ląd — odpowie­dział mi po polsku, z ukraińska.

— To do jego zastępcy.

— Poczekaj — postawił farbę i odszedł.

Dwaj młodsi też odstawili pudełka. Przygląda­li się ze zdziwieniem, uśmiechaliśmy się do sie­bie. Nic nie mówiłem, by skupić się na najważ­niejszą chwilę.

— Chodź! — przywołał mnie z przejścia Ukra­iniec i wskazał starszego oficera.

— Jestem Polakiem, trymerem z tej „Polonii” leżącej przy was. Chcę jechać do Hiszpanii.

Ukrainiec powtórzył po rosyjsku, uśmiechali się przyjaźnie.

— No i co? — pytał dalej.

— Jest nas kilku w kotłowni. Weźcie nas do Odessy, a stamtąd jakimś statkiem do republika­nów!

Ukrainiec tłumaczył, a starszy oficer przeczył ruchem głowy.

— Nie — odpowiedział krótko.

— Jak to nie?!  — wybuchłem. Zapadli się w sobie, a potem te nieszczęsne ruchy głów.

— Nie — powtórzył Ukrainiec.

— To weźcie mnie samego. Nikt nie wie, że tu jestem.

Mówili coś ze sobą, rosła we mnie nadzieja. — Powiedz, jak tu wszedłeś — zapytał Ukrai­niec.

127

Opowiedziałem z przejęciem. Wierzyli mo­jemu szczeremu zdecydowaniu, ale na przekór wciąż powtarzali „nie”.

— To dajcie mi jakiś kontakt. Stąd na pew­no odchodzą statki do Hiszpanii. Te same ruchy głów i ciągłe „nie”.

— Sam się tu schowam. Zakłopotane twarze i głos Ukraińca:

— Musisz zejść.

— Jesteście nie komuniści, a dranie! — krzyk­nąłem.

Otrząsnęli się i patrzyli na mnie z bólem. Znów mówili o czymś ze sobą, a Ukrainiec do mnie.

— Nie możemy ci pomóc.

Spojrzałem na nich ze wzgardą i odszedłem.

O niczym nie myśląc, przeszedłem swobodnie wszystkie ronty pilnowaczy i znów znalazłem się za liną. Uczułem zmęczenie po napięciu, byłem po niełatwej wachcie. Powlokłem się wolno na mój statek.

W kotłowni o niczym nie mówiłem, nie chcia­łem ich męczyć. Nie odpowiadałem, kiedy wołali „Guadalajara!” byłem najcichszy. Teraz oni mnie męczyli. Mówili o wszystkich zwycięstwach i klęskach. Tych ostatnich było coraz więcej, aż Republika upadła. Nastały smutne wachty. Ale czasami wołali jeszcze:

— Guadalajara! Guadalajara!

Poszedłem na inne statki. Potem przyszli hitle­rowcy, rozdarli moją ojczyznę i jak krwawy ochłap chcieli wdeptać ją w błoto. Przypomniały mi się proste, przewidujące słowa ludzi z kot­łowni. Były rozumniejsze od racji stanu prze­mądrych, objawionych.

Nie gniewam się już na marynarzy ze „Swanetii”. Nie mogli inaczej postąpić, obawiali się

128

kogoś nasłanego. Trzeba mi było rzucić „Polonię” w Pireusie, zablindować się na statek idący do Hiszpanii lub w pobliże — i dalej! Albo brzegiem Północnej Afryki aż do Ceuty. Bałem się drogi, wilczego darcia się poprzez granice, przez wojsko, policję, poprzez mury nieludzkich praw. Byłem słabego ducha i słabiutkich uniesień — anieli takich nie przenoszą.

Ogarnia mnie wstyd, kiedy słyszę wewnętrzny głos najpiękniejszego braterstwa biednych.

—      Guadalajara!  Guadalajara!

129

 

PASEK

— Zabrali mi łyżkę. Wiem który, ten z łodzi podwodnej. Chodź, ty umiesz po angielsku. — Stał duży, zwalisty, z łyżką w wyciągniętej dłoni.

— Przecież masz łyżkę — odpowiedziałem.

— Nie moja, ja chcę moją.

— Co za różnica?

— Niewiele mogłem im powiedzieć, ale wiedzą, o co chodzi i jeszcze urządzają drwiny! — mówił z nieprzejednaną upartością i z bólem, jak o wiel­kim nieszczęściu.

W niegłupich oczach był dziecinny tragizm. Udało mu się umknąć z oddziałów Andersa i za­okrętować w Karaczi wraz z piechotą angielską. Był zza Buga. Jego ostatnie lata to jedna rana. O łyżkę było łatwo, ale zapiekła go drwina. Zda­wało mi się, a właściwie byłem pewny, że jego zdecydowana wola odzyskania łyżki była zakoń­czeniem strachliwego bezwładu i bierności.

— Chodź — powiedziałem.

Szedłem pierwszy, on za mną. Zeszliśmy po stromych schodkach trzymając się dobrze liny jak poręczy. W skąpym świetle luku, w straszliwej ciżbie na wpół rozebrani żołnierze zabierali się do poobiedniej drzemki w hamakach. W wąskim przejściu na rozłożonym kocu grali w karty. Sta­nąłem przy nich, przy mnie mój krajan z łyżką w dłoni.

— Słuchajcie, koledzy zabraliście mu łyżkę — z trudem powstrzymywałem śmiech. — Nie zabawiajcie

 

130

się nim. Jest przecież obcy i trochę dziwny, zresztą zupełnie dobre chłopisko.

— No, przecież ma łyżkę w garści — odpowiedziało kilka głosów.

— To nie jego.

— Co to za łyżka? Ze sreber rodzinnych? — bąknął ktoś i podniósł się śmiech. Śmiałem się z nimi. Mój krajan, śmiertelnie tragiczny, spoglą­dał na mnie jak na zdrajcę.

— Śmieszny drobiazg, ale patrzcie, jaki nieszczęśliwy. Ty ją masz — zwróciłem się do ma­rynarza z hamaku. — Na uchwycie wydrapane M.

Sięgnął do podwieszonej menażki i wyciągnął łyżkę. Krajan wziął ją, a oddał tamtą. Na umę­czoną twarz wszedł uśmiech.

Luk zagrzmiał serdecznym rechotem.

— Co wam tak śmieszno? — wypomniałem.

— To cudowne, i on umie się śmiać! — odkrzyknęli.

Zaśmialiśmy się wszyscy, podziękowałem im i sam wyszedłem z luku.

Obszedłem rufę kilka razy w koło, oniemiały i niewidzący. Mój krajan naprawdę nigdy nie uśmiechał się, a ja tego nie widziałem. Anglicy byli bardziej spostrzegawczy.

Oparci o reling stali dwaj chłopcy, marynarz w koszulce z czerwonym pomponem na głowie i rudzielec w rozpiętej mundurowej wiatrówce, obaj z Wolnych Francuzów. Podszedłem do nich i też wsparłem się. Marynarz wydobył papierosy, zapaliliśmy. Spoglądali na przeciągniętą linę z tabliczką „II klasa”. Tu zatrzymywali się pa­sażerowie, rzucali obojętne spojrzenie i zawracali w swej przechadzce. Przechodziły wtulone w sie­bie pary, nie pamiętające o świecie. Roześmiane dziewczyny wlokły za sobą gromadki chłopców.

131

Dystyngowane kobiety z pobłażliwymi uśmiecha­mi wysłuchiwały poważnych, męskich mów. Star­si panowie w zamyśleniu wlekli swój krok, odci­nając się od „morowego powietrza”. Jasnowłosa dziewczyna z pierwszej klasy przemknęła jak charcica, w szortach i skąpej bluzce, z nie od­stępującymi jej na krok dwoma młodzieńcami. Tropikalny żar i lekko kołyszący się pokład. Ko­biety sprężyście niosły swoje dojrzałe ciała, były wzburzone, szukały zaczepki. Ciche szaleństwo wdzierało się w męską krew. Francuzi kradli każde kobiece spojrzenie, miękko otwierali się na uśmiech. Władczy Anglicy tłamsili ich lekkość.

Marynarz wspominał Marsylię, a rudzielec Paryż. Byli onieśmieleni i nieszczęśliwi. Czasami z ciżby luku wychodzili otępiali żołnierze. Roz­prostowywali kości, ziewali, bronili się śmiesz­nym gadaniem, w końcu uciekali w mroczną czeluść. Częściej wychodzili nocą, wtedy nikt nie mógł zobaczyć ich poruszonych twarzy.

Wieczorem po omacku zszedłem w dół. Ciężkie i kwaśne powietrze oblepiło mnie gorącem, było stężałe jak maź i czarne. Mój hamak wisiał tuż przy schodkach. Zebrałem koce, podgłówek i wró­ciłem na pokład. Wymościłem sobie legowisko tuż przy relingu, na skrzyni z zapasowymi pasa­mi ratunkowymi, i ległem. Zza burty wdzierało się chwilami tchnienie wiatru. Wyroili się żoł­nierze na ostatni spacer, spokojnie obchodzili rufę i znikali. Skupili się w gromadkach na przodzie, ich głosy ledwo dochodziły. Wśród nich wybijał się jeden, miękki i śmiały, o ujmującej otwartości. Męskie twarze gorzały w ogarkach papierosów. Często wybuchał perlisty śmiech, niosący niepokój i wyzwanie. To Ruda jak co wieczora rozpoczynała swoje gody. Była rosła

132

i krzepka, wszystkiego miała pełno i do tego tę onieśmielającą swobodę. Przy odrobinie ponuroś­ci jej seks byłby demoniczny. Wszyscy byli trochę oczarowani, uwielbiano ją za to i nienawidzono.

Obok przesunęła się spleciona para. Dojrzałem w mroku pulchną blondynę Yorkshire, pochodzą­ca z hrabstwa o tej nazwie, szła z oficerem RAF-u. Zawsze miała w sobie mieszczańską dyskrecję i bardzo skrytą intymność. Nie lubiły się z Rudą, chociaż mieszkały prawie razem. Oburzały ją ciągłe wizyty chłopstwa. Ich kabiny leżały obok siebie, na przeciwnej burcie, z wyjściem z jed­nego korytarzyka.

W pobliżu pojawili się Francuzi. Ostre szepty przewiązywały się, twarze mieli zwrócone na gromadkę. Paryżanin był bardzo zainteresowany Rudą i ona zauważyła go. Ogarniał ją wtedy olśnionym uśmiechem, odpowiadała nijakim, sios­trzanym. Oboje mieli ogniste włosy, ten sam pig­ment skóry. Ona była z południowej Anglii, on z Normandii. Na pewno pochodzili z jednego pnia, a byli sobie tak obcy. Może czekał, aż spotka ją samą, co nigdy mu się nie udawało, a nie miał odwagi przedrzeć się przez otaczający ją wrogi tłum. Te dwa wspaniałe narody nie bardzo się lubią. Wzdychał. Ruda wolno odeszła, wlokąc gromadkę za sobą. Zniknęli i Francuzi.

Nareszcie noc, zeszła ciszą i rozkoszą dla jed­nych, dla innych udręką samotności przed za­padnięciem w sen. Zrobiło się pusto. Za burtą cmokała czasami woda, to od wielkiego ssania biegnącego statku. Myślałem o frachtowcach, na których kiedyś byłem. Samo stąpnięcie na po­kładzie przenikało cichą radością. Na całej ich długości można było urządzać dalekie wędrówki. Natężone w czuwaniu twarze kolegów, nawet oficerów

133

na wyniosłych mostkach, były bardzo blis­kie. Wśród nocy szerokich wód maleńki światek był bardziej od wszystkich innych mój. Wszystko skłaniało do myśli surowych, męskich. Wielka przestrzeń i wnikający w krew, nieobjęty żywioł wody i nieba łagodził nawet zbłąkaną myśl. Ko­biety jawiły się w niej nie często, bez natręctwa, łagodnie odrealnione uszlachetniającą tęsknotą… Targnął mną ostry śmiech, obok, w pośpiechu, przemknęła para.

Na ten zapowietrzony statek przyszedłem jako pasażer zbiorowy. Nie chciałem czekać dnia dłu­żej z zamustrowaniem na jakiś statek, idący do Anglii. Poszukiwanie złota w Tanganice skończyło się pięciodniowym więzieniem w sta­rym arabskim zamku w Mombasie, ale kiedy w Durbanie Holendrzy nawiewający do swoich rodzin na rozległych farmach, chcieli mnie ze sobą zabrać, odmówiłem stanowczo. Znów byłem w zgodzie z moim ojcem, z moim plemieniem, ba — z ludźmi całego świata, broniącymi się przed zagładą ze strony pomylonych i obłąkanych. Je­chałem na wojnę…

Byłem w zgodzie z sobą i można było już wszystko znieść, ale przed kilkoma dniami ukra­dziono mi pasek. Nie jakiś zwykły, lecz koronko­wej roboty, nauczonej od Holendrów. Cały dzień wiązałem go ze sznurków o równiutkich supeł­kach i dałem mu srebrną sprzączkę. Wyprałem, powiesiłem na szalupie od słonecznej strony po­kładu, by wybieliło go słońce, i więcej go nie widziałem. Nie pierwszy to raz, ale poprzednie sam dawałem, gdy się komu trochę podobały lub gdy kogo trochę lubiłem. A teraz jakaś baba po prostu gwizdnęła mi go.

Nie było tu dobrze, w tym tłoku nawet w sen

134

trudno było się wedrzeć. Dni i noce wlokły się w tej ciżbie strasznie.

Krajan często przychodził z opowiadaniami ze swojego życia. Gdy go słuchałem, słońce stawało się czarne, a rozbawiony tłum pasażerów — nie­realną chimerą. Zjawiał się smutek narodowy. Nie wiem, może szaleństwo lub wielka miłość byłyby zdolne zburzyć koszmar jego ostatnich lat. Nie mogłem znieść jego gadania, unikałem go.

Najlepiej było samemu. Wysokie niebo i rozświecony granat wzdętej wody. Z prawej burty czasami ledwo widoczny zarys lądu. Z lewej, blisko, szedł ciężki krążownik jak góra ze stali. W przodzie, trochę z prawej, śmigły niszczyciel; taki sam zamykał pochód. Monotonia wody i słońca. Za­pomniałem o wszystkim i było mi dobrze. Co kilka dni skocznie pohukiwała syrena. Co żyło, wdziewało pasy ratunkowe i biegło wesoło do szalup. Tylko kobiety miały kłopot z twarzami do tych dodatków kostiumowych. Szybko ściągały kapokowe garby, brzuszyska korkowe i rozcho­dziły się jak z pikniku. Śmieszne dopełnienie za­bawy maskaradą. Byli tu przeważnie urzędnicy kolonialni z Indii, różnych szczebli i instancji, wracający do swoich starych domów.

Wieczorem pokazał się samolot, a rankiem wy­raźnie pociemniał brzeg. Weszliśmy w jego ramio­na i stanęliśmy w rzece na bojach.

— Freetown — szło z ust do ust, niespokojnie i wyczekująco. Z bujnego gąszczu dżungli wy­chylało się wesoło kilka nowoczesnych domów, ślad miasta. Do statku podeszły barki z ropą i wodą. Duże łodzie z górami owoców, warzyw, pak i worków. Harmider, chrypkie nawoływania Arabów i Murzynów. Z nieba lał się żar — bez najmniejszego tchnienia wiatru. Pasażerowie

135

pierwszej klasy płynęli na ląd motorówkami, murzyńskimi łodziami, by jak najszybciej uciec z tego żelaznego, rozpalonego słońcem pieca. Pozostali słaniali się bezwładnie w pocie i udręce własnego ciała. Duchota wypędziła żołnierzy z najniższego piekła, całym batalionem wyszli na wierzch i chwytali powietrze jak ryby. Zaczęli się roz­bierać, aż zostali w swych przydługawych spo­denkach. Ktoś wyrzucił sztormtramp za burtę, kilku śmiałków skoczyło do wody. Odezwały się głosy o rekinach, że tu trafiają się te bestie, ale z wody dochodziły radosne, orzeźwione chłodem głosy. Już schodzili do nich inni, przekleństwami dodając sobie odwagi.

Zabierałem się też do kąpieli, ale zachciało mi się wpierw obejrzeć statek. Złamałem przepis, po­pędziłem na górny pokład. Nie było na nim żywej duszy. Zalany słońcem aż buchał żarem. W kabi­nach było jeszcze podlej. Zrozumiałem szybką ucieczkę wybrańców z tego raju pierwszej klasy. Ciemnoskórzy Hindusi z Navy czyścili armaty na rufie i sprzężone buforsy*. Rozejrzałem się. Stary grat „Dumbarton Castle” miał 22 000 ton i stąd ta silna osłona.

Wyjrzałem za burtę. Ci w wodzie uwijali się żywo, przykra myśl o rekinach dodawała im wi­goru i naraz odezwało się z dołu słabowite:

— Help! Help!

Mrowie przeszło mi po grzbiecie.

— Opuśćcie niżej drabinę! — wołał ktoś z wody.

Zleciała cała, z wielkim wypryskiem i dwoma nagusami, wiszącymi na niej. Podwieszona zbyt wysoko, nie dotykała wody, a kiedy żołnierz opuś­cił ją, ciężar wiszących wyrwał mu z rąk końce

* działka przeciwlotnicze

136

lin. Dopiero podniosły się wrzaski. Jedni woła­li, że to rekin, inni, że ktoś się topi. Pomyślałem, że rekin wystraszyłby się ciał opadających jak kłody.

Ktoś wyrzucił koło ratunkowe daleko na wodę, żołnierze ryczeli i klęli durnia, ale topielca ni­gdzie nie było widać. Pomału, by nie stracić rów­nowagi, wchodziłem na górny szczebel relingu. Wysoko, kilkanaście metrów. Sprężyłem się i skoczyłem na głowę. Lot przejmujący całe ciało najwyższą rozkoszą — potem twarde uderzenie wody. Szybko wypłynąłem. Pod samą burtą odro­bina ciemnej twarzy, oślepłej ze strachu, suche palce, drapiące maleńkie występy nitów i wciąż obsuwające się w wodę. Tu już była lekka wklęsłość poszycia i dlatego nie mogliśmy go dojrzeć z góry. W oczach miał szaleństwo i jeszcze sporo siły. Bałem się, że w skurczu chwyci mnie dłoń­mi, które jak nity chciał wbić w stal. Podpłyną­łem wolno i zawołałem:

— Bądź spokojny!

Wziąłem go na siebie i popłynąłem w stronę dziobu, gdzie o jakie pięćdziesiąt metrów zwisał solidny, ciężki trap. Chłopak oprzytomniał i za­chowywał się przyzwoicie. Spleceni ze sobą, wlekliśmy się do zbawczego drzewa. W oczach miał niemowlęcą ufność, był bezbronny i kruchy. Uczułem w sobie siłę i mocniej zagarniałem wodę. Twarze opryskało nam lepkie, cuchnące łajno. Ktoś wypróżnił się i spuścił wodę. Znów inny jakiś ściek. Kiedy zanurzaliśmy się — chłopiec drżał nieprzyjemnie. Wielki ściek z maszyny wbił nas głęboko i zakotłował nami. Ostatnim tchem udało mi się wypłynąć, a chłopak musiał się dobrze napić wody, był zupełnie bezwładny. Teraz ja próbowałem wbić palce w żelazo. Podchwytywałem

137

ręką poszycie, trochę pomagało. Było na­rosłe skorupami ślimaków.

Aż odeszła wszystka myśl, a w mózgu została tylko upartość. Odeszło zwątpienie i odszedł strach. Zmęczenie nie bolało już, tylko coraz słabszy był ruch rąk i nóg. Do trapu było daleko. Rozpocząłem parcie naprzód.

Gdybym wtedy utonął, obyłoby się bez krzyku i strachu, ale i bez poddania się do najniższych głębin podświadomości. Po prostu zrobiłbym wszystko, co można, by w końcu utonąć jak zwie­rzę.

Zacząłem wypatrywać trapu, nic więcej nie istniało, on był całym światem. Gdy już zobaczy­łem go nad sobą i wyciągnąłem rękę, okazało się, że wisiał za wysoko. Zacząłem wołać. Od przypa­trującego się z góry tłumu oderwało się kilku chłopców, wyciągnęli nas na wygodną kratownicę. Usiadłem na niej i oparłem się o stopnie. Oczy zamykały się, otwierałem je z odległym wspo­mnieniem drogi, jaką przebyłem, nim się tu zna­lazłem. Niemoc zupełnego znużenia rozpływała się w najpełniejszej radości. Potem i to odeszło, a kiedy wszystko na dobre odzyskało swoje barwy i kształty — wstałem. Polazłem w górę, czepiając się lin obiema rękami.

Ludziska na pokładzie mieli wesołe gęby. Jakiś żołnierz zawołał:

— Ciężka robota?

— Trochę — przytaknąłem mu.

Jakiś Hindus powiódł mnie za sobą. Przy pierwszym luku stali wszyscy, między nimi i topielec, który przyszedł już do siebie. Jakiś chłopak trzy­mał w dłoni mój biały pasek koronkowej roboty i podał go.

— To ukradł jeden z nas — powiedział z męką.

138

Twarze ich były zgnębione w najgłębszym wstydzie, ale także dumne w tym gromadnym zu­pełnym wyznaniu i tak po ludzku bliskie, że aż poczułem ból radości.

— To głupstwo, nie myślcie już więcej o tym — zaśmiałem się.

Odsapnęli głęboko, twarze rozjaśniły im się w uśmiechu.

Podziękowałem i poszedłem na swoje legowisko, na skrzynie z zapasowymi pasami ratunkowymi. Wieczorem ściągnęli na statek ubawieni pasaże­rowie, a nocą opuściliśmy rzekę.

Znów zaczął się tłumny gon przez dni i noce. Nie obchodził mnie. Byłem wolny. Nawet gdy Francuzi szturchali mnie w boki i szeptali szybko:

— Spójrz, spójrz, charcica patrzy…

Rankiem zobaczyłem nad moim legowiskiem trupio zmęczoną twarz i oczy błyszczące metalicz­nym światłem. Była to Ruda, jej usta wykrzywio­ne wzgardą.

— Och, ty prześpisz swoje życie — powiedziała i odeszła.

Hindusi zapraszali do armaty, od której odpę­dzali mnie kiedyś. A to przecież ja się wybroni­łem. Gdyby Hindus utopił się, a ja nie zrobiłbym wszystkiego, co mogłem, wina spadłaby na mnie. Zrobiłem swoje i w tym było wszystko. Byłem teraz mocniejszy i tłum to dostrzegał, nie całkiem bez zawiści. Niektórzy jednak spoglądali, jakby myśle­li: „Wyciągnąłeś go — a z nim wyciągnąłeś mnie, wszyscy mamy wspólny los”.

I tak było. Kiedy tonąłem w samotności, w ludzkim oceanie Londynu uratowała mnie zie­lonooka Peggy. Dałem jej pasek. Oby ją dobrze chronił, choćby tym wspomnieniem.

139

PSIKUS

Wbijałem łopatę w maź, smrodliwe fale ude­rzały w nos jak terpentyna. Nakładłem w kubeł potem szarpałem za linkę. Na ten sygnał stojący wyżej Wasyl ciągnął w górę. Robił to teraz z większą uwagą. Przed chwilą kubeł z rzadszą breją zawadził o ścianę i oblał mi nagi grzbiet. Nie było to przyjemne, ale potem przyniosło mi nawet ulgę. Nie mogłem już bardziej się utyt­łać — miałem zupełną swobodę.

Byłem tylko w kąpielówkach i na bosaka. Zszed­łem w butach gumowych, ale przy gruntowaniu zaczęło przelewać się przez cholewy. Zdjąłem je, bo chyba nigdy już bym ich nie domył. Własna skóra jest jednak cudownym przyodziewkiem.

Usłyszałem klapnięcie kubła, znów nakładałem i szarpałem za linkę, a Wasyl ciągnął. Zawieszona w górze kablówka czerwonawo mielązgała, ledwo sącząc światło w czworokątną studnię komory łańcucha kotwiczego. Stalowe płyty, przeżarte rdzą, oblane spływającą pasemkami wilgocią. Rano wypuściliśmy łańcuch kotwiczny do ostatniego ogniwa, by obnażyć dno. Leżały na nim od lat czarne, ciężkie iły z Północy, czerwone ziemie tropików, żółty less mórz chińskich i inne resztki pobrane źle zmywanym łańcuchem z dna różnych kotwowisk, red, portów i wszelkich miejsc nagłej potrzeby.

Wasyl ciągnął kubeł do wysokości pokładu, przenosił parę kroków do tyłu, a z otwartego wzniesienia dziobu podciągnął go Flaman i wyrzucał

140

maź za burtę. Oparty o łopatę musiałem długo czekać, to było najbardziej nieprzyjemne.

— Hej! — krzyknąłem — spuśćcie drugi kubeł, na dwa będzie szybciej!

Szło mi coraz składniej. Wystarczyły cztery czu­bate łopaty i już szarpałem za linkę. Nabrałem takiej wprawy, że i teraz musiałem jeszcze czekać. Spieszyłem się, by jak najszybciej opuścić ten loch. Zlany błotem i potem, oddychałem głęboko, ale powietrza było tu niewiele.

— Zmienię ciebie — usłyszałem z góry i zobaczyłem Wasyla, szykującego się do zejścia.

— Zostań, po co obaj mamy się brudzić. Rzuć mi czysty twist.

Po chwili chwyciłem starganą przędzę, otarłem z potu twarz i wziąłem się do nakładania. Z jed­nej strony dokopałem się już do dna — widomy znak mojego mozołu. Zbierałem teraz z twar­dych płyt, było trochę lżej. — Cwaniaki — po­myślałem. — Chcieli się bawić jednym kubeł­kiem…

Teraz oni mieli więcej roboty, choć czystej i pełnej powietrza. Ze wzniesienia dziobu odezwał się drobny stukot, aż zlał się w ciągły jazgot, a w nim wybijał się łomot wielkiego młota. By­łem w środku bębna. Wstrząsało mną, pustoszyło głowę, ale robota szła coraz szybciej. Ocierałem szczypiący pot z oczu i popędzałem stojących na górze. Jak to dobrze, że robotę zaczynaliśmy o szóstej, jeszcze był ranny chłód, a i popołudnio­wą spiekotę znacznie to skracało.

Naraz urwało się stukanie, zrobiło się dziwnie cicho.

— Wyłaź na śniadanie! — usłyszałem głos z góry.

— Zjemy później, nie ma co odkładać

141

Słyszałem wołanie Flamana za odchodzącymi, by zostawili dla nas śniadanie w kuchni.

Zacząłem ostro. Odeszło poczucie wolno wlokącego się czasu, świadomość nieprzyjemnie lepiące­go się potu z błotem i żelaznej jak więzienie kom­naty. Odgarnąłem już ogromną szaklę, mocującą łańcuch do stępki. Znów odezwał się napastliwy jazgot i wielki młot. Wrócili ze śniadania. Wpad­łem w rytm katorżnej roboty, rozgrzewałem się, sprawiała mi nawet radość, podświadomie przy­spieszałem, aż nagle — ostatnia łopata i mogłem skoczyć na żelazne szczeble.

Na wzniesieniu dziobu oślepiło mnie słońce. Szybko przymknąłem oczy, ale blask wdzierał się również przez powieki. Otwierałem je stopniowo, wydawało się niepojęte, że świat jest taki jasny. Zobaczyłem „bębnistów”. Bosman spędził wszyst­kich z pokładu do stukania rdzy. Mieli suche skó­ry i smutne gęby.

Byłem jak wyżęty. Wolno zeszedłem na pokład, odkręciłem hydrant, zdjąłem kąpielówki, wypra­łem je, wymyłem się porządnie i znów je włoży­łem. Z kuchni wziąłem talerz z owsianką, drugi z jajami na boczku i poszedłem do messy na rufę. Koledzy jedli, przysiadłem się i ja. Mogło się wydawać, że po takiej harówce nie chce się jeść ani żyć, a mnie tym bardziej chciało się jeść i żyć. Koledzy kończyli śniadanie. Wasyl wyjął papierosy, zapalili. Bez słowa wyszliśmy na po­kład i przysiedliśmy na ostatnim luku. Minęło piętnaście minut, powstaliśmy. Flaman poszedł do roboty na wierzch, a my z Wasylem zbieraliś­my się do lochu.

Wyszukaliśmy krótką deskę, by zmieściła się w komorze. Pobraliśmy liny, młotki, skrobaczki krótkie i na kijach, i zanieśliśmy je pod dziób.

142

Wszedłem na podwiązaną deskę, odbierałem od Wasyla narzędzia i układałem na niej, potem on przysiadł się i zaczęliśmy stukać rdzę. Było jej tak wiele, że należało dobrze bić młotkiem, by dostać się do czystej stali. Przy cieńszych warst­wach chwytaliśmy skrobaczki, wtedy odpoczywały ręce. Wasyl wiercił się niespokojnie i często przy­stawał w pracy.

— Idę do maszyny poostrzyć skrobaczki — po­wiedział z ulgą, zebrał je i wyszedł.

W górze komory było jeszcze sporo powietrza, a siedzenie na desce nawet przyjemne. Zwolni­łem robotę. Przyszedł Wasyl bez pośpiechu, ostrza skrobaczek błyszczały jak klingi. Wzięliśmy się do długich i zdzieraliśmy rdzę całymi płatami, aż zagrzaliśmy się. Odsapnęliśmy. Wasyl spojrzał na mnie.

— Niedobre miejsce — wymówił gniewnie i zaklął.

Drgnęła mi twarz w niby uśmiechu, wskaza­łem na dno studni.

— Zobaczysz tam.

— Przydałby się brezentowy nawiewnik — nieźle kombinował.

— Trzeba było przynieść „rekina” zza komina.

— W maszynie by się podusili — chichotał uciesznie — zresztą za długi worek.

— Nie ma rady, trzeba robić.

— Przecież to robota stoczni.

— Nie wolno odmówić.

— Kapitan orze w nas, sukinsyn! — zaklął mocno.

Przeklęliśmy go obaj. Ulżyło nam i zabraliśmy się do rdzy. Straciwszy nadzieję wymigania się, Wasyl przyłożył się do roboty. Przed popuszcze­niem deski w dół wyszliśmy obaj. Poszukaliśmy

143

trąby z najbliższego nawiewnika, zdjęliśmy po­krowiec z rury i umocowaliśmy na niej trąbę. Trochę to pomogło, przynajmniej mieliśmy takie złudzenie, siedząc na desce. Wzięliśmy ciężki młot, biliśmy nim, aż uderzało w uszy. Rdza opa­dała całymi płatami, puchła odstając, a potem by­ło już łatwiej. Wasyl był w dunkrach, spotniały i oblepiały mu nogi. Potrząsał łbem, leciał z niego pot jak z polewaczki. Zaklął i z uciechą wymówił.

— A kto będzie robił drugą komorę?

— Ja nie, ale zupełnie możliwe, że ty.

— Ja też nie. Został Iwan. Będzie z nim mu­siał zejść jakiś Flaman.

Było nas trzech obcych na pokładzie i wszyst­kie najbardziej przykre roboty były dla nas.

Wasyl ciągnął teraz dobrze, jakby chciał wy­równać mi moje babranie się w błocie. Mieliśmy na ukończeniu ścianę, gdy usłyszeliśmy z góry bosmana:

— Obiad!

Postukaliśmy jeszcze bardzo szybko na prze­kór wszystkim na pokładzie, że niby nie jesteśmy zmęczeni i dopiero potem odłożyliśmy młotki.

Na pokładzie przez chwilę zachowywaliśmy się jak ślepcy, potem wybrzechtałem się cały pod hyd­rantem, a Wasyl umył dłonie. W messie przykleił się dunkrami do wyszorowanej na biało ławy. Nikt na to nie zwrócił uwagi. Najgorsza robota dawała najwięcej uznania. Wasyl umorusaną gębą spojrzał na siedzących i zabrał się do jedzenia.

Jedliśmy chłodnik owocowy i kotlet schabowy na cały talerz z jarzynami, potem każdy wziął garść bananów i poszliśmy na ostatni luk. Sku­baliśmy je, jedliśmy. Był popołudniowy skwar jak co dnia. Nie zauważyliśmy tego, czuliśmy się dobrze, jak Murzyni lepiej znosiliśmy spiekotę

144

od Flamanów. Przyszedł do nas Iwan z uśmie­chem, ściągali też Flamani. Statek leżał cicho na szafirowej tafli, w dobrze osłoniętej zatoce. Ląd obrzeżony wyrafinowanie wywijającymi się ko­ronami palm. W samej głębi nikły pomost, przy nim duży, arabski żaglowiec.

— Jak wam idzie robota? — pytał Iwan.

— Dobrze — odpowiedziałem.

— Szykuj się do drugiej komory — dodał Wasyl

W odpowiedzi skrzywił się w uśmieszku.

Wpatrywaliśmy się w najbliższy brzeg. O pół mili na białym piasku zobaczyliśmy kilku białych. Opalone na brąz sylwetki w skąpych kąpielów­kach snuły się tuż przy wodzie. Za nimi duża, cienista altana i kilka leżących łódek. Dziś poja­wili się bardzo wcześnie. Co dnia schodzili się tam znacznie później, kiedy już opadła spiekota.

— Kobieta — wymówił Wasyl sam do siebie.

Była rosła, przyciężka, o bardzo jasnych wło­sach. Świat był uroczy, były na nim nawet kobie­ty. Byliśmy zmęczeni, umazani rdza, zrobiło nam się jeszcze smutniej.

— Widzicie ją? — podpowiedział Iwan Flamanom.

Oni to wzięli za szyderstwo. Na twardych twa­rzach pojawiła się złość, zaczęli bluźnić.

Na śródokręciu zobaczyliśmy bosmana, kiwnął głową i zniknął w przejściu. Zbieraliśmy się bez pośpiechu i poszliśmy za nim. Natknęliśmy się na niego za mostkiem.

— Znowu przyszedł — burknął.

O kilkanaście metrów od burty zobaczyliśmy ostrą płetwę i prawie czarny grzbiet. Miał ze cztery metry. Spiczastym nosem jakby węszył, sunął wolno, bezczelny, jakby wiedział, że nic nie

145

może mu zagrozić. Odczułem odrobinę grozy, zawsze tak było. Co najdziwniejsze — wtedy nie można się śmiać, a jeśli nawet, to chyba bardzo sztucznie. Bestia ma pono mózg wielkości na­parstka, i na co mu to? Całe jego życie to roz­dzieranie mięsa i parzenie się. Grozą nie ma sobie równego gatunku, może tylko bakterie cho­lery, choć to nie gatunek. A jednak bydle ma swój odpowiednik — czasami trafia się w moim gatunku.

Popatrzyliśmy trochę i poszliśmy do roboty.

Szybko dokończyliśmy pierwszą ścianę, podciągnęliśmy deskę na drugą. Znów trochę więcej powietrza, ale ze schodzeniem w dół było coraz gorzej. Oblewaliśmy się potem jak nigdy dotąd. Pływaliśmy w nim. Odszedł ból zmęczenia, ale ręce uderzały coraz słabiej. Często wychodziliś­my na papierosa, byle odetchnąć. Czekaliśmy trzeciej, jak boskiego zmiłowania i ledwo dowle­kliśmy do niej.

Po wyjściu na wierzch nie reagowaliśmy na słońce ani na nic innego. Nasza wrażliwość była stępiona. Pokładaliśmy się pod tentami na rufie na kawałku drewnianego pokładu. Potem zoba­czyliśmy czystych różowych Flamanów — prysz­nice były wolne. Wstaliśmy i poszliśmy się myć.

Po dwukrotnym natarciu mydłem na olejku kokosowym ciało odzyskało naturalny brąz, miękkość i błysk. Rozkosz bijących kropel. Zhartowałem skórę zimnym strumieniem i wysuszyłem włochatym ręcznikiem.

W kabinie włożyłem białe, czyste slipy, odrzuciłem drewniane, kąpielowe chodaki i włożyłem stopy w łapcie z miękkiej skóry, jaką potrafią wyprawiać tylko Arabowie. Wziąłem obiadową pomarańczę z poprzedniego dnia i wyszedłem.

146

W messie wypiłem pół puszki skondensowanego mleka i wypadłem na pokład. Umęczona skóra znów cieszyła się, wszystkimi porami. Ja, człowiek Północy, odczuwałem tu ustawiczną radość skóry, słońca i wody.

Co dnia musiałem sobie popływać przy burcie. Tego nikt prawie nie robił. Było trochę strachu przed pokazującymi się niekiedy „bydlakami”, ale po półgodzinie oceanicznej solanki wychodziło z ciała każde zmęczenie.

Wbijałem zęby w gorzką skórę pomarańczy, jadłem w całości. W tym jestem do dziś barba­rzyńcą, nie znam wykwintu. Bezmyślnie prze­chadzałem się od nadbudówek aż na koniec rufy. Połamane w komorze ciało ruszało się znowu harmonijnie, oddech stawał się normalny, aż do zapomnienia. Samo istnienie było radością.

Po kolacji siadaliśmy z pełnymi brzuchami na białym brezencie ostatniego luku. Po ulewach deszczu i słońca stracił zupełnie swój dawny, zie­lony kolor. Nadchodzący wieczór tłumił światło dnia. Było łagodnie ciepło. Wszystko, co było na statku, wychodziło na wierzch. Oficerowie zajęli przód, odgradzając się od załogi „kamienicą” śródokręcia. Łamali to dwaj Grecy, trzeci mecha­nik Stelio i asystent Lambro.

Przychodzili do nas, by trochę się ożywić. Nerwowiec Lambro wpadał w melancholię, uśmiech nie wchodził mu już na zbolałą twarz. Coraz rzadziej wybuchał szybką mową, zapadał się w sobie. Stelio łagodniał i bronił się czystym uśmiechem. Obaj setne chłopiska o niespotyka­nej dobroci.

Ciężcy Flamani pracowali twardo, dużo jedli, a potem spali. Czasami wspominali wódkę, nie byli pijakami i łatwo mogli obejść się bez tej

147

przyjemności. Najżywsi, Wasyl i Iwan, o międzynarodowych paszportach, bez obywatelstwa, wszędzie czuli się dobrze. Nie pamiętali rodziców ani Odessy, którą opuścili podczas rewolucji, będąc małymi dziećmi. Wychowywali się w Istam­bule, w Grecji, a potem na statkach, odkąd tylko mogli mocno stanąć na pokładach. Ale Wasylowi coraz częściej wykrzywiała się szczera, kwadrato­wa twarz, a Iwan chichotał wisielcze. Ja ciągle nie mogłem nasycić się słońcem, a kiedy bywało bardzo źle, uciekałem, na coraz to inne kontynenty i wyspy. Próbowałem wyobrazić sobie, jak tam może być i byłem najzupełniej pewny, że to wszystko kiedyś zobaczę.

Flamani poza swoim nie znali innego języka. Był im niepotrzebny. Na pewno nie wyobrażali sobie życia w obcym środowisku. Ich oficerowie mówili trochę po angielsku, tylko starszy oficer, Wallon, posługiwał się nim z największą swobodą. Z początku nazywaliśmy go Francuzem, wtedy obruszył się i powiedział, że jest „Beldżik”, i odtąd nim został. Nigdy nie było tu, jak na innych stat­kach, nie kończących się gawęd pod gwiazdami tropiku. Flamani mieli męską pogardę dla takiego wylewnego gadulstwa, górowali nad nami masą.

Paliliśmy papierosy, niby obojętni na wszystko, ale każdy kierował oczy na najbliższy brzeg.

Na plaży był teraz tłum. Kilkudziesięciu białych poruszało się leniwie, młodzież wchodziła do wody. Starsi spacerowali, noga za nogą. Wszyscy, pozba­wieni żywiołowości, nie wdawali się w żadną za­bawę, wystarczało im samo przebywanie i ogląda­nie innych. Widziałem bujne kształty kobiet, sprę­żystą smukłość dziewcząt, najmłodsze zbiły się w gromadkę jak kocięta.

148

Spojrzałem na kolegów — ściśnięte twarze, żarzące się, przymrużone, uważne oczy. Tylko Wasyl uśmiechał się jawnie, a w końcu, nie mogąc wytrzymać, zaczął mówić:

— Mówię wam, ale są… — i mówił jak znawca rasowych koni, z męską wnikliwością.

Wybuchnęliśmy śmiechem. Wasyl skończył i smutnie pokręcił głową.

— Ćma łazi mu po mózgu! — zawołał któryś Flaman.

— A wam to nie? — odkrzyknął.

Flamani zaśmiali się bez obrazy. Iwan pierw­szy im to powiedział. Nie mogłem pojąć, jak to zrobił, dość, że zrozumieli. Ukraińcy znali wiele języków, żadnego dobrze, ale w każdym potrafi­li się dogadać.

— Skąd on je tak dobrze zna? — dziwili się Flamanowie.

— Lornetuje z mostku — podpowiedział im Iwan.

Wasyl często tam chodził po pracy. Brał długi teleskop i podpatrywał kąpiących niewiele go­rzej, niż gdyby tam był.

Ożywili się Flamani. Póki plaża nie opusto­szała i słońce nie zapadło w ląd mieliśmy jakąś jątrzącą radość, pozbawioną wszelkiego senty­mentu.

Zabłysło kilka elektrycznych lamp przy po­moście, za nimi przyświecały inne, zza drzew. Nie mogliśmy oderwać od nich oczu. Była tam knajpa dla Flamanów, jakiś Grek na pewno miał sklepik, w którym Stelio i Lambro mogli wy­śpiewać się w swojej dźwięcznej mowie. Byli tam piękni i interesujący ludzie, dobrze byłoby choćby popatrzeć na nich z bliska.

Na pokładzie nie paliło się żadne światło.

149

Czerń niepodzielnie zakryła wodę i statek. Kilka jaśniejszych, nikłych smug od pomostu. Mieniące się w dalekiej ciszy gwiazdy wydawały się naj­bliższe. W rozżarzających się papierosach gorzały ponure twarze, była w nich pustka i cierpienie. Wtedy rozległo się szybko po sobie następujące silne bicie o wodę i odgłos opadającej kłody. Pod­biegliśmy do relingu i zobaczyliśmy fosforyzu­jące, rozchodzące się kręgi.

— Raja! zawołał Stelio.

— Co to jest? — pytali niektórzy.

— Rybka jak wrota — odpowiedział Iwan. Ale znów wzięli to za drwiny i zaczęli bluźnić.

— Powiedzcie mi, kiedy wyjdziemy na lad! — rozpaczliwie zawołał Lambro.

Odpowiedział mu potępieńczy, pozbawiony na­dziei śmiech, pomruk i przekleństwa. Rozchodzo­no się do koi, zapomnienie w śnie.

Zostałem sam. Znów siedziałem na luku i pa­liłem papierosa. My, obcy, zaciągnęliśmy się na ten stary, belgijski grat w Nowym Jorku. Po za­ładowaniu ze trzy tygodnie czekaliśmy na kotwi­cy w zatoce na konwój mający iść do Anglii po­łudniowym szlakiem na Azory. W kilka dni po wyjściu odbiliśmy od konwoju na południe. W po­czątkach samotnej drogi zygzakowaliśmy, potem było już swobodnie i bosko ciepło.

Do Capetown wlekliśmy się miesiąc. Tu znów staliśmy ze dwa tygodnie na kotwicy. Mimo że była wojna, z pokładu mogliśmy oglądać jarzące się światłami miasta i stada baraszkujących fok przy burtach. Nabieraliśmy wodę, w ostatniej chwili przed odbiciem barki wskoczył na nią Hiszpan Rodrigo, był z pokładu, więcej go nie zobaczyliśmy. Potem w kilka statków ruszyliś­my wschodnim brzegiem Afryki pod osłoną. Dopiero

150

kiedy mieliśmy wchodzić do Mombasy, dosta­liśmy polecenie do zatoki przy Tandze. Widocznie broń i amunicja, którą mieliśmy, przeznaczona była przeciw Włochom w Abisynii. Ale tu wojna już się skończyła, więc chciano nas posłać do Aleksandrii i tylko mieliśmy trochę poczekać, aż Niemców spod niej przepędzą. I tak byliśmy od czterech miesięcy bez lądu, a Niemcy stali mocno. Normalnie powinniśmy spuścić szalupę na wodę, by rozprostować nogi, ale kapitan, zapijaczony dziad, nie chciał nawet słyszeć o tym.

Rzuciłem niedopałek za burtę, poszedłem do koi.

Przez trzy dni w pocie i duchocie męczyliśmy komorę. Pociągnęliśmy minią dwa razy i wybra­liśmy kotwice. Poszła druga za burtę wraz z ca­łym łańcuchem. Widzieliśmy chichoczącego Iwa­na na wierzchu z kubłem, wymigał się od błota. Poszliśmy z Wasylem na pokład. Rano robota szła raźnie, opadała w tempie wznoszącego się słońca, choć utrzymaliśmy ciągłość do obiadu. Po połud­niu pokład był jak rozgrzana patelnia, aż drgało nad nim powietrze. Nie można było oprzeć się dłonią. Złożony w cztery worek podkładaliśmy pod kolano, zmienialiśmy je, ale w końcu siadali wszyscy. Odpryskująca rdza boleśnie biła w twarz. Później nie czuło się tego, a w końcu doszedłem nawet do takiej wprawy, że po uderzeniu młot­kiem odpryskiwała ukośnie.

Pot spływał burymi pasmami. Chroniące oczy okulary trzeba było często przecierać, potem odrzuciliśmy je. Spoglądaliśmy z uznaniem kiedy ktoś chwytał ciężki młot.

Stary, siwy marynarz podążał za nami. Zgar­niał rdzę, przecierał stalową szczotką, zamiatał pył na czysto i smołował pokład. Robił wolno, oszczędnie. Ani odrobiny energii więcej, niż potrzeba

151

trzeba. W jego celowych ruchach była starcza mądrość. Nie wdawał się w nasze gadanie, cza­sami tylko uśmiechał się.

My pracowaliśmy nago. Siwy, jak Arab, miał na głowie białą poszewkę z podgłówka, osłaniają­cą mu kark, białą koszulę i jasne portki z wolnej wachty. Nie pocił się. W czasie palenia papierosów przysiadał na luku ze szczotką w ręku. Miał łatwiejszą pracę, słuszną jego wiekowi. Kiedy przeciągaliśmy odsapkę, jak żuraw pierwszy do­strzegał pojawiającego się oficera. Ale oficerowie też złagodnieli i nie pojawiali się często. Dla przy­zwoitości uderzaliśmy wtedy słabo młotkami, aż znów wciągała nas praca, że zapominaliśmy o wszystkim. W końcu nadchodził bosman i uciesznie kiwał głową: już starczy. Puszczał nas pięć minut przed trzecią.

We wszystkie dni było tak samo zbójeckie słońce i robota jak na galerach. Jadło zmieniało się trochę, ale nie dostrzegaliśmy tego. Grecy przestali jeść wieprzowinę. Byli bardzo gniewni. Raz natarł na nas Stelio:

— Świnia i świnia, ciągle świnia! To niezdrowo! Za grosze można kupić kury, barana czy byczka. W końcu trzeba to powiedzieć kapitanowi.

Ale my, jak barbarzyńcy z Północy, przyjęliś­my go uśmiechami.

Jakby dla urozmaicenia pojawiały się w wodzie przyjemniaczki — ludojady. Oglądanie plaży ją­trzyło aż do udręki. Wieczorami do obłędu wpa­trywaliśmy się w światła osady. Przytomnieliśmy w hałasie igrających raj i szliśmy spać.

W niedzielę można było pospać dłużej, nie­którzy nie wychodzili nawet na śniadanie. Ale na obiad ściągali wszyscy, czyści i tylko w dunkrach. Jedliśmy bez słowa, potem popijaliśmy

152

kwaterką czerwonego sikacza, dodawaną co dzień do obiadu.

Kiedy wypiliśmy, najroślejszy, kwadratowy Jan wykrzyknął:

— Wina!

Że też chce mu się żartować — pomyślałem. Ale Iwan nie tracił głowy.

— Chodźmy wszyscy na ląd, popijemy zdrowo.

Wrzasnęliśmy, widząc w przejściu chłopaka z pokładu z pełnym kubłem. Ostrożnie postawił na stole i nalewał każdemu nabierką. Nie wie­rzyłem, był to jednak sikacz. Flamanowie zabie­rali swoje porcje do kabin. Myśleliśmy, że tam wypiją, ale oni zlewali oszczędnie. Wyżłopaliśmy kubeł do dna i poszliśmy na pokład.

Kapitan myślał może, że zdusi nas robotą do tego stopnia, iż wszystkiego nam się ode­chce. Nie wziął pod uwagę niedzieli i sikacza. Mieliśmy zdrowie dzikich, a odżywiani byliśmy jak perszerony. Na rąbku pokładu snuliśmy się w kółko aż do kołowacizny. Można było ulecieć w marzenia, ale to nam było zupełnie obce. Ku­rzyło się ze łbów, nie wiedzieliśmy, co z sobą począć. Jan szukał chętnych do mocowania, ale każdy wydzierał się z jego rąk i umykał.

Plaża zapełniała się kąpiącymi. Wasyl wpadł w swoją mowę. Wybuchnęliśmy rżeniem. Pod­niosło się wołanie: — Ćma! ćma! — Zagłuszony umilkł. Ale cisza była jeszcze gorsza. Wiedzie­liśmy, że starszy oficer mówił kapitanowi o sza­lupie, jednak stary nie chciał nawet słuchać. Ląd kusił nas nieodparcie, a kiedy nie mogliśmy już myśleć o niczym innym, odezwał się Wasyl.

— Chodźmy do kapitana! Flamani przyjęli to bez sprzeciwu.

153

— Już dawno powinniśmy to zrobić — odezwa­li się Grecy.

Poderwaliśmy się. Zaczęto nawoływać pozosta­łych w kubryku.

— Kto ma mówić? — odezwali się Flamanowie.

— Wy, prędzej dogadacie się z nim — cisnął Iwan. — Zresztą nie trzeba mówić, wystarczy, jak wszyscy pójdziemy.

Po drodze zaczęliśmy zbierać ludzi z kuchni i maszyny. Przy ciasnych schodach puściliśmy pierwszych Flamanów z pokładu, za nimi Ukraiń­cy i ja, za mną Grecy. Inni pozostali na dole. Po­staliśmy chwilę cicho.

— Śmiało wchodzić — wołał Iwan; drżał, że rozmyślą się i uciekną.

Jan zapukał grzecznie i szeroko otworzył drzwi. Stanął w progu i zaczął mówić. Z głębi odpowie­dział mu potęgujący się, gniewny ryk. Zobaczy­łem skudlony łeb, czerwoną, nabrzmiałą twarz i szeroko otwartą gardziel. Stojący na górze cof­nęli się, ale z Ukraińcami trzymaliśmy mocno za poręcz. Naparli z taką siłą, że musieliśmy puś­cić. Zdawało się, że wszyscy zlecą na łeb, ale był taki ścisk, że tylko obsunęliśmy się trochę.

W odwrocie jedni śmiali się, drudzy klęli. Nawet na naszej rufie nie poczuliśmy się lepiej. Flamani zaniemówili ze wstydu. Iwan chichotał jak szatan, aż wszyscy wpadliśmy w plugawy śmiech.

— Nawiewaliście, jakby chciał strzelać — dożerał im Iwan.

— Niedobry jest. Ma pistol — odpowiadali Flamanowie.

— Mogliśmy iść z procesją i na schodach od­mówić litanię „Kapitanie, zmiłuj się nad nami” — doradzał Wasyl.

154

— Chodźmy teraz z procesją — podpowiadał Iwan. Odpowiedział mu śmiech.

— Sami spuśćmy szalupę — doradzali Grecy.

— Tak powinniśmy zrobić — mówiłem. — Ma nas za bydło zdatne tylko do roboty.

Poparli mnie Ukraińcy, ale z Flamanów nie dało się wykrzesać ducha. Otrząsali się, jakby to był bunt.

Nie cieszyło już spoglądanie na plaże, świat odwrócił się od nas.

Późnym wieczorem, kiedy wszyscy poszli spać, zostałem sam na luku i paliłem papierosy. Jak nigdy dotąd nie chciało mi się spać. — Skoczyć do wody i popłynąć na ląd — okropna myśl wpad­ła natarczywie do głowy. Odpędzałem ją w stra­chu, by się nie poddać. Mogliśmy wszyscy z po­kładu opuścić statek w szalupie i już nie wrócić. Ale Flamanowie nie zgodziliby się, były jeszcze cztery zaległe wypłaty. Więc można było nie wy­chodzić do pracy, póki nie spuszczą szalupy. Jednak Flamanowie bali się buntu jak ognia. Tylko sam mogłem coś zrobić i wtedy właśnie wskaki­wała mi do głowy ta nieszczęsna myśl.

Kapitan zawsze postępował tak ze swoimi ro­dakami i było dobrze. Tylko dla nas, obcych było to nienormalne. Moja godność chama cierpiała mocno. Jej głód narastał od pokoleń i dbałem o nią więcej niż arystokrata o swoją. Nawet szlachetną zemstę uznawałem za najdotkliwszą karę. W sprawach zasadniczych nie popuszczałem myślami ani trochę, stawałem i w starciach.

Podszedłem do relingu i popatrzyłem na czarną jak smoła wodę, potem szybko odszedłem do ka­biny.

Następnego dnia nie szła nam robota, ale wdrożeni

155

w przymus ciągnęliśmy ją. Po trzeciej, kiedy wszyscy poszli myć się, wziąłem z kabiny szwedz­ki nóż o szerokim brzeszczocie. Mój nóż był zaw­sze bardzo ostry. W pochewce przełożyłem go przez pasek, przepasałem się. Spuściłem za burtę sztormtrap i zeszedłem w wodę. Rozpocząłem szybki crawl, strach potęgował się. By go opano­wać, przeszedłem w spokojną „żabę”.

Co będzie, jeśli pokaże się bestia? Pono trzeba wtedy mocno uderzać dłońmi o powierzchnię wody — boi się rozbłysków światła. A jeśli po­dejdzie blisko — to nożem. Raje prawie zawsze pochłaniały rzucane przez nas kawały mięsa po uprzednim obwąchaniu, czyniły to szpiczastym, mocno wystającym nosem. A jeśli zaatakuje z miejsca? — zawsze trzeba odpychać bestię lewą ręką, nawet o brzeg paszczy, a prawą uderzać. Żałowałem, że nie wiem, gdzie ma serce. Wystar­czy jednak, że uderzę w oko, wtedy na pewno odejdzie. Najważniejsze — nie dać się podejść znienacka…

Zacząłem płynąć pod wodą. Widziałem dosko­nale zielonawą, rozświetlona głębię. Ale nie mog­łem długo — męczyło. Wróciłem do „żaby”. Po wdechu wypatrywałem wystającej płetwy, w cią­gu patrzyłem w głębię, szukając przesuwających się cieni. Zelżał strach, ale całkowicie nie odszedł nigdy. Schodził w głębię podświadomości, było go tyle, ile powinno być. Oswoiłem się. A przy tym ciągła gotowość mordu, gotowość na wszystko, co może być.

Obejrzałem się, statek już był mały. Znów mógłbym śmiać się, ażby echo odpowiedziało. Uciekłem od plugastw kapitana. Było mi go żal. Był mały, umęczony wraz z całą załogą.

Czasem jakieś żyjątko smyrnęło mnie po grzbiecie

156

i wracała czujność. Aż wrócił swobodny od­dech, a ląd zbliżał się szybko. Zobaczyłem dno, potem poczułem je dłońmi. Powstałem, zachwia­łem się, byłem porządnie zmęczony. Wyszedłem na bieleńki piasek, usiadłem. Radość twardej, jednak najlepszej ziemi.

Podeszło kilku murzyńskich chłopców. Popa­trzyli i odeszli bez słowa, wyćwiczeni, że do bia­łych można zwracać się tylko w ważnych spra­wach. Zachciało mi się śmiać.

O jakie sto metrów plażowali biali. Zdjąłem pasek z nożem, ująłem skromnie w dłoń i pod­szedłem bliżej. Dziwne to było po tak długim czasie. Nie trzeba już jak mucha wczepiać się stopami w pokład. Inne poczucie równowagi. Nie­zwykła łatwość; musiałem panować nad spręży­stością nóg, by nie ulecieć w górę. Usiadłem przy­zwoicie, nie za blisko. Murzyni przynosili napo­je, rozkładali leżaki z podkładami z mikrogumy. Młodziutkim dziewczynom macierzyńsko usługi­wały stare Murzynki, nianie, które je wychowy­wały.

Mężczyźni byli bardzo spokojni, z ich twarzy przebijała zimna pewność siebie. Jasnowłose, ła­godne kobiety, powolne, o nikłym i dobrym uśmie­chu. Były piękniejsze, niż wyobrażałem je sobie ze statku. Ich zajęciem była tylko miłość, były bogate. Zdawało mi się, że czasami spoglądają na mnie i szybko odwracają oczy. Byłem mocno opa­lony i brudny, z rdzą wżartą w skórę po cało­dziennej harówce.

Dziewczyny podrzucały dużą piłkę, jakże chęt­nie poskakałbym z nimi. Chłopcy pływali na skrawku zabezpieczonej siatką wody. Uśmiechną­łem się, było mi dobrze.

Zauważyłem, że suchy staruszek z fajką przechadza

157

się i przypatruje mi się uważnie. Otwar­cie zwróciłem się twarzą do niego. Przystanął nade mną z wnikliwym uśmieszkiem, odpowie­działem mu szczerym.

— Jesteś ciemny jak Arab — zaczął mówić — ale nie jesteś mieszańcem. Znam tu wszystkich białych. Skąd jesteś?

— Z tego statku.

— Żartujesz…

— Nie.

— Jakiej narodowości?

— Polak. A ty?

— Niemiec. Tu są sami Niemcy, trochę Szwaj­carów i Skandynawów.

— I Murzynów — dopowiedziałem. Przytaknął.

— Statek też polski?

— Belgijski.

— Na co ci nóż?

— Na rekiny.

Roześmiał się uciesznie i spojrzał na mnie jak na pomylonego.

— Co tu plantujecie? — zapytałem.

— Sizal, trzcinę cukrową, zaczynamy kawę i kakao.

— Dobrze żyjecie.

— Tu jest łatwo, nie tak jak w Europie. Słu­chaj, każę cię odwieźć łódką. Nie myślisz chyba

popłynąć.

— Właśnie myślę — skłamałem.

— No no no — pomruczał i odszedł do swoich krajanów.

Teraz spoglądano na mnie ostrożniej, jak na kogoś niebezpiecznego. Słońce chyliło się coraz niżej i nikt nie zbierał się do odejścia. Chcieli

158

popatrzeć na moją powrotną drogę. Staruszek zniecierpliwiony, przyszedł jeszcze raz.

— Słuchaj zaraz ściemni się i nie zobaczysz statku.

— Zobaczę światło kotwiczne. — Wywieszaliś­my je, mocno przytłumione. Statek był zaciem­niony w obawie przed japońskimi łodziami pod­wodnymi.

Staruszek odszedł, wraz z nim wszyscy. Dostrzegłem, gdzie Murzyni chowają wiosła. Słońce zapadło. Odczekałem, aż czerń zgęstniała, wybra­łem średnią łódkę, ledwo zawlokłem ją na brzeg. Ze schowka wybrałem dulki, parę zgrabnych wio­seł, zaniosłem do łodzi. Zepchnąłem ją na wodę, skoczyłem do środka. Silnie naciskałem wiosła, spod piór błyskał niebieski ogień. Spoglądałem na światło kotwiczne i poprawiałem kierunek. Pojawił się czarny masyw statku. Wolno podcho­dziłem pod ostatnią ładownię. Z luku dobiegł mnie zgnębiony głos Lambra i przekleństwa Flamanów.

— A hoj! — zawołałem.

Powtórzyłem jeszcze raz i cały reling oblepił się sylwetkami.

— Dawajcie rzutkę — powiedziałem spokojnie.

Na górze wszyscy zawyli wilczą radością. Podciągnęli zawiązaną do łodzi linkę. Skoczyłem na ciągle wiszący trap, a kiedy wdrapałem się na po­kład, nie było na nim żywej duszy.

W przejściu z kubryka wyskoczyło czterech młodszych marynarzy z ubraniami w rękach. Pędzili ile sił, by nikt nie zajął im miejsca w łódce. Tam już będą mieć czas. Inni ubierali się na wyścigi.

Umyłem się. Włożyłem sandały, dunkry i białą koszulę. Podjadłem trochę w messie. Przy relingu ciągle była ciżba, a z pokładu wszyscy byli

159

już na lądzie. Teraz parli ci z maszyny. Pchali się niemiłosiernie, każdy chciał być pierwszy, w strachu, że coś może się stać i zostaną na stat­ku. Na drabince linowej deptano sobie po rękach i głowach. Z łódki darli się — Już równo z wodą! — i szybko odbijali. Wiszący na drabinie wchodzili na górę i nieustępliwie zajmowali pierwsze miej­sce w kolejce. Młodsi przepuszczali starszych, cho­ciaż byli bardziej spragnieni wyjścia. Zobaczyłem Greków i razem zeszliśmy.

Na brzegu obskoczyła nas gromadka arabskich chłopaków, ciągnąc po różne, zadziwiające kupna. Nie zrażali się brakiem jednego choćby peny. — Wystarczy podpisać rachunek — odpowiadali. — Kapitan wypłaci. — Oczywiście z naszych, za­ległych wypłat.

Potem któryś zaprowadził nas na jedyną tu ulicę i zatrzymał przy piętrowym hotelu. Wydarł mi z ręki paczkę papierosów i pobiegł pilotować innych.

Przy stolikach z białymi obrusami i kwiatkami Flamanowie popijali najlepsze wina. Wreszcie byli roześmiani i radośni. Ściągali coraz to nowi, aż zeszła się prawie cała załoga.

— I bosman tu! — zawołałem. Zawsze trzymał się trochę z daleka od nas.

— A co, ja to inny? Należy nam się. Wszystko pomalowane od burt aż do masztów, i pokład zrobiony.

Pojawił się ront policyjny. Biały oficer z pa­tyczkiem w dłoni jak z batutą i dwóch czarnych askarów, obwieszonych bronią. Oficer powiódł oczami, uśmiechnął się i wyszedł.

Po północy przyszedł Wasyl w ubraniu w prąż­ki i w jaskrawym krawacie. Na obu dłoniach miał sygnety z grubego złota z kamieniami. Wyglądał

160

jak wielki książę rosyjski. Przy nim stała czarna dziewczyna o ostrej piersi, bosa, owinięta kawał­kiem kretonu w kwiatki. Natychmiast wszedł właściciel. Ustawiono dla nich stolik na zewnątrz, z dala, za drzwiami. O kilka kilometrów była pono mała wioska, ale Flamanowie byli już zu­pełnie „rozradowani”. Z pomocą arabskich kel­nerów szli na piętro, do pokojów sypialnych. Właściciel Grek przysiadł się do nas z synem. Lambro tajał i przychodził do siebie, a Stelio często dolewał wina. Z młodszym Grekiem mówi­liśmy o polowaniach na lwy, słonie i o szukaniu złota, aż wszystko się rozpłynęło.

Po kilku dniach wszyscy ściągnęli na statek. Tylko Wasyl mieszkał gdzieś w crallu. Ściągnął po tygodniu wymizerowany, radosny. Znów wy­chodziliśmy do roboty, a po niej na ląd. Beldżik wyznaczył wachty przeciwpożarowe. Koloniści nie gniewali się, że porwałem im łódkę. Podobał im się żart, a przed odejściem statku przysłali po nią Murzynów. Korzystali z niej wszyscy ofice­rowie i zaśmiewali się również. Tylko kapitan, kiedy Beldżik powiedział mu o wszystkim, wy­buchnął:

— To ten Polak, żeby go rekiny zjadły!…

161

 

BŁOGOSŁAWIONY BEZWSTYDZIE!

Siedziałem sam zupełnie w tyle. Tonąłem w kanapie, zatraciłem poczucie własnej ciężkości. Nie chciałem razić sobą ludzi, a stąd mogłem swo­bodnie widzieć wszystkich siedzących. Biali pa­sażerowie sadowili się najbardziej w przodzie, Murzyni przed zajęciem miejsc, spoglądali na mnie dziwnie. Spoglądał także bileter, wesoło wzburzony. Rosły, stał w koszuli przy szoferze, dzięki mundurowej czapce podobny do policjanta. Bardzo urzędowy, był jakby kapitanem autobusu.

Kiedy potoczyły się już ogromne koła, bileter stanął wyniośle w połowie autobusu i zawołał:

— Hallo, boys!

Czarne twarze natychmiast zwróciły się do nie­go. Bileter wskazująco kiwnął palcem. Siedzący najbardziej w przodzie, wytwornie ubrany Mu­rzyn z włosami przyprószonymi siwizną, pode­rwał się bez chwili zwłoki. Przeszedł do tyłu i stanął z wahaniem obok mnie. Jego uległość kłóciła się z mądrymi oczami w złotych binoklach.

— Wstawaj! — Teraz konduktor zwrócił się wesoło do mnie.

— Tu mi wygodnie. Dużo miejsca. — Odsuną­łem się zachęcająco, ale Murzyn nie siadł.

— Tu jest takie prawo — urzędowo zagrzmiał konduktor.

— Jestem Europejczykiem, nie pasuje mi taki przywilej — odpowiedziałem swobodnie.

— Jesteś u nas i musisz przestrzegać praw tego kraju! — krzyczał.

162

— Dziwne prawo. — To zdanie wyszło mi samo z ust.

Wstałem. Nie miałem żadnego bagażu, zupełnie wolne ręce. Przy wymijaniu zaśmialiśmy się do siebie jak dwa koty. Wszystkie zwrócone we mnie białe twarze były wzburzone. Spod okna wyle­ciał jeszcze jeden Murzyn, przesunął się, nie do­tykając mnie. Usiadłem na skraju, by skończyć z tym jak najszybciej. Jednak biali ciągle jeszcze skręcali karki.

Siedziałem spokojnie, tak jakbym chciał scho­wać się. Z drugiej strony przejścia mężczyzna w sile wieku, ukryty za dziewczyną, okazywał mi jawną wzgardę. W jego twardych, siwych oczach widziałem lynch. Rasowa duma southernera, pogarda. Dopiero za drugim spojrzeniem zmio­tłem go oczami. Zaklął, usiadł prosto. Nieskazi­telna biel ubrania, ogorzała twarz, słomkowa „panama” w tyle głowy. „Kawał drania — po­myślałem sobie — pewno z tych, co kiedyś mieli czarnuchów na farmach”.

Po wyjeździe z Norfolku transkontynentalny „Greyhound”, ogromny jak wagon pulmanowski, puścił się w cwał. Ciężka masa stali płynęła z lekkością ptaka. Żadnych wiosek. Czasami sa­motne okazałe domy, rozległe połacie odurzające­go tytoniu. Wiosenne, parne gorąco. Wielkie, zie­lone pola krzaków; słońce. Odurzenie, nie mogłem tego znieść.

— Zostań! — jeszcze brzmiały we mnie mocno słowa pierwszego szturmana, Johnsona. — Stary kapitan schodzi, ja go zastąpię. Obaj jesteśmy prawdziwie starą załogą, nie będzie ci źle. Po wojnie wrócisz do rodziny z niezłym mieszkiem.

Odpowiedziałem mu: — Boję się, że pieniądze utoną razem ze mną. — Pierwszy raz nazwałem

163

go wtedy kapitanem, mówiłem mu, że też mógłby zejść, ożenić się i prowadzić radosne życie. Uśmie­chnął się przyzwalająco i szybko odpowiedział:

— Och, nie tu. Ameryka jest jak głośny dzwon wewnątrz pusty. Zejdę tylko w starej cichej Szwecji. — Odliczył prawie 1300 dolarów. Kiedy zgarniałem je ze stołu dodał:

— Ładne pieniądze, szanuj je — Wyciągnął dłoń. Uścisnąłem ją mocno po raz pierwszy i ostatni.

Potem napiliśmy się wódki z marynarzami Norwegami. Kiedy już żegnaliśmy się, doradzali mi na jednej z ulic burdele z południowym splen­dorem. Z serdecznością dzikich pragnęli podzie­lić się swymi kobietami. Przytakiwałem im z obłudnym uznaniem.

Ci doskonali marynarze i weseli bałaganiarze przyszli z norweskiego wielorybnika. Stało się to potem, jak niemieckie samoloty obłożyły nas bombami przed wejściem do Tamizy. Skończyło się na strachu, ale z czterech statków, idących w konwoju, poszedł tylko kurz i ogień. Szwedzi zeszli zaraz w Londynie i odpłynęli na fińskim statku do Petsamo, by stamtąd dostać się do kraju.

— Jedziemy wygrzać się przy babach, trochę ryby połowimy przy brzegu. Jedź z nami — na­mawiali mnie, ale nie odpowiadało mi to. Zbyt wiele myślałem o swoim kraju.

Po Szwedach przyszli wielorybnicy z muzyką na organkach i przyśpiewkami, widocznie byli już po zaliczce. Kiedy schodziłem z trapu Norwe­dzy pohukiwali wesoło. Przypominali mi, bym nie zapomniał tej ulicy.

Byłem tylko w spłowiałej, niebieskiej koszuli, w dunkrach i w szwedzkich, czarnych butach na

164

ciemnej słoninie. Nie miałem wyjściowego ubra­nia, bo po co? Po odcięciu Szwecji przez Niemców żaden Szwed ani obcokrajowiec nie miał w Anglii prawa zejścia na ląd ze szwedzkiego statku. W Stanach tylko mnie dotyczyło to zarządzenie. Obawiano się, że dam dęba. I tak furt przez dzie­sięć miesięcy, aż w końcu zostawiłem wszystkie stare łachy i zeszedłem bez bagażu, z pustymi rę­kami jak na piwo za najbliższy róg.

Z oddali popatrzyłem jeszcze na dobrą „Blancaholm”. Na burcie wzniesione przyjazne ręce. Podniosłem swoje obie, aż hangar zakrył mi wszystko. Nawykłem do kołysania, ląd wydał mi się wprost nieprzyzwoicie stały.

„Greyhound” pędził ze skowytem opon, z ci­chym jękiem motoru, szumiał wiatrem jak samo­lot.

Kapitan, stary i gruby jak beka, nie często po­jawiał się wśród nas. Wybałuszonymi oczami opryskliwie spoglądał na wszystko jak korsarz i znikał. Nigdy nie stykaliśmy się z nim ani nie uznawaliśmy go. Dowodził Johnson, łagodny i opanowany. Nigdy nie widziałem pierwszego oficera, który by spełniał swoją najtrudniejszą na statku funkcję tak lekko i dobrze. Byłem w jego wachcie. Kiedy na mostku doskwierała nam monotonia, miał zawsze kilka pogodnych słów. Odpowiadałem mu powściągliwie, szanowa­łem go. W jego piwnych oczach, skorych do uśmiechu, żarzyła się zawsze żywa myśl. Smukły ciemny szatyn, prawie południowiec, Szwedem był dopiero wewnątrz.

I zarabiało nam się nieźle — pięćset procent kriegzysku* i nadgodziny, skaczące procentami.

* dodatek wojenny — żarg.

165

Czasami było trochę strachu, ale później życie smakowało mocniej. Najmniejszy okruch radości przyjmowaliśmy tak zachłannie, jak gdyby miał być ostatnim, zresztą niewiele ich było w samot­nych rejsach i w konwojach. Na północnym szla­ku po storpedowaniu statku surowe zimy zabija­ły ludzi także w wodzie i w szalupach.

Chwilami mknęliśmy w długim rzędzie samochodów jak w konwoju. Z przeciwnej strony mijały nas wozy jak pociski. W niektórych rozba­wiona młódź, rozwiane włosy, kolorowe sukienki. Samotne pary, chłopiec przy kierownicy z wtulo­ną w niego dziewczyną.

Nie pragnąłem takich uniesień ani przygód. Chciałem uczyć się języka i nawigacji, potem do­piero dziewczyna bywa największą nagrodą za trud. Byłem naładowany tym postanowieniem jak syn prezbiteriańskiego pastora. Oczywiście — chciałem też kupić harmonię, by kiedyś grać na niej radosne piosenki Włochów, subtelne wyrafi­nowane Francuzów, z ogniem jak Hiszpan i bar­dziej jeszcze żywiołowo niż Rosjanin. Od bez­brzeżnego smutku i tkliwości po ekstatyczną radość. Potem nigdy już nie będę samotny, w zaczarowanym pudełku będzie wszystko.

Żałowałem swoich rączych dłoni, niezdatnych do skrzypiec. Kiedyś, w Rumunii, słuchałem bosych Cyganów, oddałbym za nich wszystkich wyfraczonych wirtuozów świata.

Jechałem do Nowego Jorku, stęskniony widoku krajanów. Swoi, nie będzie tak obco. Spojrzałem na farmera w „panamie”. Postanowiłem panować  nad sobą, by nie było już więcej zderzeń.

,,Greyhound” na sekundę zatrzymywał się

166

w miastach, potem pędził, aż zwolnił i zjechał z szosy, sapnęły hamulce, szofer wyłączył motor.

— Baltimore! — zawołał bileter; zapowiedział piętnastominutowy postój.

Pasażerowie zeszli do baru. Naszego szofera witali głośno koledzy z innych autobusów. Kle­pał ich po plecach, swobodnie przepychał się przez zatłoczoną salę. Siadł na wysokim stołku, zastukał knykciami w kontuar. Śliczna dziewczyna poda­ła mu talerz z pieczystem. W podziękowaniu musnął ją palcami w policzek. Zaśmiała się i ode­szła podawać innym. Jedząc, wodził za nią ocza­mi i przywoływał dla różnych posług. Odjeżdżają­cy szoferzy klepali go po plecach. Nie zwracał na nich uwagi. Zjadł szybko, zapalił papierosa. W końcu udało mu się zatrzymać przy sobie kel­nerkę. Ciągle mówił, a ona to mrużyła, to szeroko otwierała oczy. W końcu spojrzał na zegarek, uszczypnął dziewczynę w podbródek i zsunął się ze stołka. Bileter zapowiedział odjazd. Dopiłem piwo, wyszedłem za nimi.

Za miastem znów cwał. Rozochocony posiłkiem szofer dobrze dusił gaz. Przeniknęła mnie żywioło­wa rozkosz pędu. Nie chciało mi się spać, dosyć odpocząłem na „Szwedzie”.

Podróż zawsze ożywia mnie w najwyższym stop­niu. Ostrzą się zmysły, jestem ciągle w stanie pod­niecenia. Choć obżartuch, jem w drodze mało i nie tracę energii, jakby teraz dopiero spalanie posił­ków odbywało się idealnie.

Patrzyłem przez szyby na przelatujące obrazki. Syci pasażerowie zapadali w drzemkę niektórzy dobrze już spali, wygodnie ułożeni na odchylo­nych oparciach. Po drugiej stronie przejścia zo­baczyłem jasne, dziecinnie ciekawe oczy, z świe­tlistym blaskiem spokoju i dobroci. Pomyślałem,

167

że dobrze, gdy na przekór wojnie są jeszcze takie oczy. Spojrzałem jeszcze raz, spotkaliśmy się oczami. Przez sekundę, dwie przyglądaliśmy się sobie uważnie, potem jednocześnie odwróciliśmy głowy.

Spojrzałem ponownie. Dumnie wyprostowana, bujnie zakwitająca pierś, niezwykła szczupłość talii, smukłe, gołe nogi. Siedziała spokojnie, ale tak, jakby chciała uciec, a ja nie mogłem już nie patrzeć. Kształtna głowa na smukłej, nie słabej szyi. Smagły owal twarzy, nosek z garbkiem o żywiołowych chrapkach, długie, wąskie usta o zmysłowym zarysie. Drobny i mocny podbró­dek.

Każda jej cząstka olśniawała mnie, budziła coraz większy zachwyt. Złote włosy z rdzawymi pasem­kami sypały się na szczupłe barki. Ogarnął mnie strach, lecz nie taki, jak przed bombami, był to strach zmieszany z największą rozkoszą.

Spoglądałem najdelikatniej, jak tylko potrafi­łem. Mocne, jeszcze kanciaste biodra. Chowała się w jasną sukienkę w kolorowe groszki, bez żad­nych ozdóbek. Świeżość jak wiosna, chroniona przez czystość. Przypomniały mi się burdy, za­plute knajpy, ale zniknęły natychmiast, tak jak­by nie istniały. Mrużyłem oczy i widziałem ją w sobie, świat był piękniejszy, niż go Bóg stwo­rzył.

Jej sylwetka była już doskonale uformowana, ale twarz nie straciła dziecięcości. Na Południu takie się rodzą kobiety. Mogła mieć osiemnaście lat, mogła mieć piętnaście. Byłem od niej starszy o jakie dziesięć lat, a całe moje życie było ciąg­łym otrząsaniem się z błota. Wpadłem w rozterkę, a kiedy połapałem się, że tak myślę, wpadłem w jeszcze większą.

168

Długo siedziałem prosto, aż głowa odwróciła się sama i znów spotkaliśmy się oczami. Było w nich zadziwienie i dziecięca ciekawość. Jak kobieta zsunęła wolno stopy w atłasowych pan­tofelkach. Starałem się być spokojniejszy, zdawa­ło mi się, że i ona patrzy na mnie. Wystraszy­łem się trochę. Wiedziałem, że jestem z gruba ciosany, że mam na sobie robocze ubranie. Pra­wie rok bez lądu; teraz strach, potrzeba obycia się z nim i wilcza czujność — można nieludzko stwardnieć. Bałem się swoich oczu, wyrazu twarzy. Uspokoiłem się, kiedy pomyślałem, że zro­biłbym wszystko i tylko to, co dałoby jej radość.

Spojrzałem i znów zajrzeliśmy sobie w oczy, Nie odwracając twarzy opuściła je w dół. Dla­czego tak zrobiła? Chciałbym je zawsze podnosić, by nigdy nie opadały.

Podniosła wzrok, wtuliła się w siebie. Wolno osunąłem oczy, by zwrócić jej swobodę. Pod przed­nimi szybami wściekle uciekała szosa. Oby ten siwy pies* nigdy nie dobiegł do naszych stacji.

Coraz śmielej zaglądaliśmy w siebie. Mówiłem jej bez słów, że jest piękna i dobra, że mój świat jest okropny, świat wojny, że nie jestem taki zły, że sami sobie stworzymy świat, jaki tylko bę­dziemy chcieli.

„Zobaczysz, jak będę grał na harmonii… Ty bę­dziesz tańczyć flamanko i wszystkie najbardziej urocze tańce… Zagram cały świat, zły i brzydki, byśmy go nie pożądali w życiu…”

Przypomniały mi się moje zamierzenia, nie prze­waliły się. Przy niej mógłbym przenosić góry. Opowiadałem jej o namiętnej rozkoszy, niszczą­cej swym wzlotem śmierć. Słuchała mnie oczami,

* „Greyhound” — nazwa autobusu, „Siwy pies”

169

nie odwracała ich już tak często. Nabierały głębi. Wysokie, jasne czoło chmurzyło się, policzki pa­łały. Czułem w sobie narastający ogień. Całe szczęście, że nie było go na twarzy. Skórę miałem spaloną słońcem.

Nie mogłem uśmiechać się. Bałem się swojego uśmiechu, mógłby być za mocny. Na długie chwile zatapialiśmy się w oczach, strasznie poważnie, z rozkoszną udręką. Potem — jakby nie mogła tego znieść — położyła nagie, smukłe ręce na oparciu przedniego fotela i złożyła na nich gło­wę. I mnie nie było lepiej, ale nie mogłem ani nie chciałem oderwać się.

Zwróciła do mnie twarz, trochę osłoniętą wło­sami, i znów wdzieraliśmy się w siebie. Było jej wygodniej, ale nie lepiej. Kilka razy prostowała się, potem znów skłaniała głowę. Drzemiący do­tąd pod oknem farmer w „panamie” miał otwar­te oczy i przyglądał mi się uważnie. Nie ucieka­łem wzrokiem, nie patrzyłem przecież na niego.

— Co ci jest? — zwrócił się do dziewczyny.

— Nic mi nie jest — odpowiedziała dźwięcz­nie.

— Przesiądź się tu.

— Jest mi dobrze — odpowiedziała mocno.

Pojąłem, że to ojciec, te same suche twarze. Przypomniało mi się ranne zajście z bileterem.

Ojciec powstał jednak. Podniosła się, dumnie odrzuciła włosy, usiadła pod oknem. Ojciec nie spuszczał ze mnie kipiących gniewem oczu. Nie odwracałem swoich. Spoglądałem łagodnie i ot­warcie — jak między mężczyznami, ale spodziewałem się najgorszego. Nie ruszyłbym palcem w swojej obronie, ale co najdziwniejsze, nie ba­łem się też. Wszystko to przekraczało może jego

170

wyobraźnię, osłabł w końcu, a uspokoił się, kiedy zajął miejsce i przegrodził nas.

Cała moja dzikość burzyła się przeciw niemu, jednak obezwładniała ją dziewczyna. Przesuną­łem się na puste miejsce pod okno, by nie drażnić ojca. Ale nie zwracałem na niego oczu. Dziew­czynę ciągle miałem w sobie, ale już nie tak jak przedtem. Było, jakby mi kto zabrał powietrze.

Ojciec znów zapadł w drzemkę, ale dziewczyny nie widziałem. Powinienem był wcześniej dać jej kartę z adresem Domu Polskiego w Manhattanie, z kilkoma polskimi słowami, by mogła do mnie napisać. Teraz dużo trudniej. Nie miałem ołówka, mógłbym jednak pożyczyć od któregoś z pasażerów, a kartkę wydrzeć z książeczki żeglarskiej. Już chciałem to uczynić, kiedy ojciec przerwał drzemkę i popatrzył na córkę. Potem zdjął z półki plik gazet, zaczął przerzucać strony, aż rozczytał się na dobre…

„A gdybym zrobił to przy nim?… — Na pewno wywołałby piekielną awanturę, jej byłoby nieprzyjemnie, a dla mnie — straszny wstyd. „Jakże głupio jestem wstydliwy — myślałem. — Daw­niej byłoby to bardzo łatwe, dziś okropny ze mnie niedołęga w najważniejszych sprawach…”

Spojrzałem w okno, wiosna nie cieszyła mnie już, cwał „Greyhounda” był ciężki, ślimaczy. Zaz­drościłem jednak szoferowi. Siedział zwarty, pew­ny siebie. Prowadził wóz, władał również i dziew­czyna. Tak powinno być. Nad jego głową, na szy­bie wąskie, długie lustro, mógł w nim oglądać wnętrze wozu. Widziałem w nim małe, rozespane twarze pasażerów, a w prawym rogu — jej twarz. Była chmurna, poważna, czasami spoglądała z boku na ojca. Kiedy podniosła głowę, zobaczy­łem jej oczy na sobie. Smutny uśmiech przecisnął

171

mi się na twarz. Uśmiechnęła się mocniej, niosła mi pomoc. Wtedy coś pękło we mnie, poczułem radosną ulgę. Przeniknęło mnie szczęście.

Wskazałem oczami ojca i bezradnie pokiwałem głową. Zrobiła wystraszoną minę, potem uśmiech­nęła się jak psotne dziecko. Poprawiła sobie wło­sy, mówiła wyraźnie: jestem ładna, prawda? Na mojej twarzy olśnienie.

Pokazała na ojca, wtuliła się spokojnie w opar­cie. Ja również oparłem się wygodnie. Udawaliś­my drzemkę z przebudzeniami i wyrzucaliśmy so­bie ten sen. Uśmiechaliśmy się wesoło i tkliwie. Twarz moja pozbyła się skamielin, gorącą, namięt­ną falą posyłałem jej uśmiech. Mrużyła oczy, za­mykała je kobieco, potem otwierała szeroko jak po doznaniu namiętnej rozkoszy. Okazywaliśmy sobie tkliwość i dobroć…

W końcu jechaliśmy przez ogromne miasto. Pasażerowie zaczęli niespokojnie poruszać się. „Greyhound” zwolnił, wtoczył się na obszerny plac i stanął. Zdążyłem jeszcze okazać jej moje nie­zadowolenie z nagłego końca podróży. Ojciec prze­puścił ją do przejścia, podał lekki płaszczyk i wziął z półki staroświecki skórzany sakwojaż. Uczułem, jak wdarła się we mnie pustka. Przepuściłem za nimi starszą kobietę, cisnęli się jeszcze inni pa­sażerowie.

Po wyjściu zobaczyłem ich, stojących o kilka kroków. Natychmiast spotkaliśmy się oczami. Ojciec mówił coś, ale nie słyszała tego. Wziął ją za rękę i powiódł z sobą. Obejrzała się jeszcze.

W pierwszej chwili chciałem gonić, chciałem ująć ją za drugą dłoń i iść razem z nimi. Chcia­łem głośno wołać do niej. Zmroził mnie tłum nor­malnych ludzi. Błogosławiony bezwstydzie, nie przyszedłeś…

172

Odtąd miałem już obrastać świństewkami jak świerzbem. Pysznie stroiłem tę narośl w dosko­nałe ubrania, pojętnie nabywałem i inne kul­turalne nieprawdy, i nosiłem je jak pudel. O, błogosławiony bezwstydzie…

173

 

 

SINGSIARZ

 

Ocieniona kapturkiem żarówka śnieżyła pustą kartkę papieru. Pochyliłem się nad nią z bał­wochwalczą czcią. Ręka sama chwytała pióro i kiedy miała już dotknąć kartki, obezwładniało ją drganie serca, słabość nerwów, cień zamętu w głowie. Prostowałem się i znów czekałem na przypływ natchnienia. Długo czekałem. Potęgują­ce się wahanie, zanim nie weszła zdrewniała pustka podobna śmierci.

Wstałem, zacząłem przechadzać się po pokoiku. Pomału myśli zaczęły wzbierać i układać się w żywe ciało. I kiedy miałem już pochylić się z nimi nad kartką głos z wnętrza mówił: „jeszcze nie”. Śnieżna biel kartki czarowała jak łono wspaniałej kobiety. Bezwolna, odczuje wszystko wrażliwiej i mocniej niż ty. Weźmie z sobą do ziemskiego nieba. Ale każda fałszywa myśl zbruka ją i ciebie i będziecie wlec się schyleni przez życie nie do zniesienia. Pochyliłem się nad nią już któryś raz, wreszcie wstałem. Rozejrzałem się — ściany, graciki miały martwość grobu.

Wypadłem, uciekłem z niego. Szybko zbiegłem po schodach. Zatrzasnąłem za sobą frontowe drzwi. Nikle tlące się lampy, pustawa ulica. Przeszedłem następną, przylegającą do Hyde Parku. Ciepły wieczór wczesnej jesieni. Woń przejrzałej, bujnej trawy, poszum starych drzew. Radość ciała, ale w głowie pustka. Niewiarygodnie szybko znalaz­łem się przy Hyde Park Corner, przed Klubem Białego Orła.

174

Wszedłem na wysoki parter, skierowałem się na górę. Na pierwszym piętrze przestrzennej klat­ki schodowej z marmuru gromadki naszych woja­ków niższych szarż, wsparte na poręczy. Przez otwarte na oścież podwójne drzwi wszedłem do sali barowej. Przy kontuarze napiłem się piwa. Wszystkie stoliki były zajęte, na nich syty nie­ład. Dochodziła północ. Starsi wojskowi, eleganc­cy cywile, wytworne Angielki, trochę chełpliwoś­ci, przynależnej ich rangom. Mieli dobrze w czu­bach. Polska jurność i angielski racjonalizm diabelnie upraszczały drogę do nieba. Poczułem się durniem. Byłem w dunkrach i w spłowiałej, nie­bieskiej koszuli. To nie miało żadnego znaczenia. Czułem się bardzo młodo, mój strój dawał roz­koszną wygodę, jakiej nie zaznałbym w galanteryjnych chomątach i uprzężach. Zobaczyłem zna­jomych dziennikarzy w ich zawodowym, rozpryskliwym podnieceniu. Wołali mnie do siebie. Prze­szedłem do przyległej sali. Gorszy gatunek ubrań, te same kieszenie. Ostre rozmowy, niektórzy pły­nęli już w zaświaty z pogardą dla życia. Zeszed­łem na dół, wpadłem do parku.

W ciemności parsknąłem jak kot. Po kilku oddechach poczułem się lepiej. Ciepła, mokra woń. Pochyliłem się nad pogrubiałą ławką. Śpiący błyskawicznie chwycił oburącz leżący kapelusz, nie spojrzawszy na mnie podłożył go sobie pod głowę i wykręcił się do mnie plecami. Szeleścił przy tym, jakby miał powleczenie z gazet.

Odszedłem zgnębiony. Znalazłem oto bratnią duszę, ale człowiek nie chciał ze mną rozmawiać, chciał tylko spać, było mu lepiej niż mnie.

Minęło mnie kilka cichych objętych par, inne spa­cerowały swobodnie, czasami padło słowo, prze­chodnie dzielili się nocą. Kierowali się na lewą

175

stronę jeziorka. Pyszna sylwetka dziewczyny w spodniach i sweterku przemknęła ze sprężys­tością, na jaką nie mogłaby sobie pozwolić za dnia. Pędziła do domu, aby znużyć się przed snem. Czyniła to z przejęciem, jakby z przepisu leka­rza. Przy wodzie jakiś leciwiec z pieskiem. Tro­chę dalej owinięta w płaszcz kobieta, swobodnie wyciągnięta na leżaku. Jeszcze dalej w drugim leżaku pochylony mężczyzna z ramionami na ko­lanach. Przystanąłem trochę zdziwiony, było już dobrze po północy. Anglicy są bardzo podatni na nastrój. Nie mają naszej mgławicowości, ale bardzo cenią spełniony sentyment. Może prowadzili ob­rachunki ze sobą, może po prostu wypoczywali, nabierali sił do walki o byt. Na pewno nie ma­rzyli…

Powlokłem się skrajem jeziorka. Zszedłem z alejki przy jej końcu, gdzie zwężała się mocno, przedarłem się przez krzaki. Znalazłem na brze­gu skrawek polany o wysokiej trawie, okolonej gąszczem, z szeroko otwartym widokiem na wodę. I tu stało kilka leżaków. Jeden z nich ustawiłem najbardziej poziomo i ległem.

Niczego nie chciałem, a najmniej — myśli. Ze zmysłami poradziłem sobie dość łatwo, wyłączy­łem je; znaczna ulga. Z głową nie było tak łatwo: wir dający tylko świadomość udręki. Ale ten dia­belski młyn również musiał się w końcu zmę­czyć…

Chwilami traciłem wszelką świadomość życia. Zapadałem w kojącą otchłań niebytu. A kiedy by­łem już na granicy snu, czułem w głowie spokój. Oczy otworzyły się same. Wszystko trwało może godzinę, może dwie, może trzy. Czarna ciemność nocy i znów próby wydostania się ze studni. Niepokojący

176

zapach jesieni, mający w sobie śmierć. Nieistniejąca w czerni tafla wody.

Wpatrzyłem się, na drugim brzegu dojrzałem ciemny masyw drzew. Szmer opadających kropel rosy. Granat nieba z iskrzącymi się gwiazdami. Zapomniałem, gdzie jestem, mogło to być w dżun­gli Panamy czy na Borneo. Od Marble Arch do­biegał słaby szum pojazdów. Byłem więc w sa­mym środku Londynu. Przypomniałem sobie po­koik, ogarnął mnie strach. Nie miałem tam po co wracać. Poszukałem gwiazd. Plejady mieniły się wyzywająco jak oczy dziewcząt. Stare znajome z rejsów, lubiłem je najbardziej ze wszystkich konstelacji. Potem pomyślałem o ziemskim świe­cie. Przetoczył się przede mną, opędziłem go wkoło najróżniejszą lokomocją, legalnie i niele­galnie. A teraz wywróciłem się na małym dziew­częcym sercu z urojenia.

Wyleczyłem się z choroby przestrzeni. Dosyt oglądania. Tak jakby nie istniały opisy odkryć, sam barbarzyńsko musiałem wszystkiego dotknąć. Głupota nie korzystać z trudu innych ludzi.

Bez z góry powziętej myśli zacząłem zastana­wiać się nad obejrzanym światem, z prymitywną nieporadnością zacząłem drążyć go w głąb. Zaczą­łem pisać. Drukowałem już w kilku dobrych pis­mach emigracyjnych. Jednak nie zaczynałbym, gdybym wiedział, co mnie czeka. Raczej puścił­bym się po raz drugi w koło.

Teraz przestrzeń nie smakowała już, statek nie pociągał. Skończyło się dziecinne, radosne ogląda­nie. A pisać też nie można.

Zacząłem nowelę o dziewczynie i utknąłem. Nie miałem żadnych cennych cech, tylko trochę od­wagi i dzielności w pokonywaniu przestrzeni. Teraz najważniejsze było siedzenie. A w tej części ciała

177

nie miałem odpowiedniej dzielności. O, gdyby można było odbyć włóczęgę wyobraźni, podobną do mej bieganiny po świecie, byłoby z tego więcej, niż ze stu okrążeń ziemi. Ale wyobraźnia moja była łamaźna, a kiedy polatywała już dość chybko brakowało odwagi, by dotknąć piórem białej kart­ki. Z nią było jak w początkach z nieistniejąco piękną, cudowną dziewczyną, a później — miast rozkoszy — potęgująca się udręka.

Zaoszczędzone pieniądze kończyły się już. Zro­biło mi się wesoło, tak jakbym w ogóle ich nie potrzebował. Znajome Plejady mrugały przyjaź­nie — wołały mnie. Choć na statkach była nie­jedna uciecha, przecież nie było już powrotu. Taka powtórka z musu nie byłaby zabawna. Przekroczyłem jakąś granicę, teraz nie ma już statku, nie można też pisać i nie ma pieniędzy. Znowu z ostrą wyrazistością zobaczyłem szele­szczącego papierami na ławce włóczęgę. Chwy­cił kapelusz, bym mu go nie ukradł. Bratnia dusza.

Niebo jaśniało, gwiazdy pobladły. Smużka mgły nad jeziorkiem. Na drugim brzegu, pod rokitą, stała w wodzie czapla. Czasami kuła dziobem. Lekko skrzywiła głowę z harcapem, jednym okiem wypatrywała ryb, drugim patrzyła na mnie. Znowu nieufna, bratnia dusza. Że też wszystko boi się wszystkiego.

Kiedyś miałem naiwną wiarę w cały świat, było mi dobrze. A teraz i ja bałem się swoich poczy­nań, bałem się samego siebie.

Zapłonęły czuby drzew. Czapla poderwała się, popłynęła nisko nad ogromnym miastem, do swo­jego domku na jakiejś kępie. Powstałem z wysił­kiem. Poczułem, że cały jestem zimny i odrętwia­ły. Z trudnością stawiałem pierwsze kroki. Trawa

178

aż tryskała rosą. Nim wyszedłem na alejkę, byłem mokry po kolana. Na wielkim kolisku ujrzałem kawalkadę jeźdźców. Przystanąłem na skraju. Ko­lorowe, sztywne fraczki, posągowe twarze, kobie­ty jak królowe Nefretete. Ci dopiero grali swoje życie górniej niż operowo. Roześmiałem się nie­przyzwoicie. Nikt tego nie zauważył, tylko kilkunastolatkowi jadącemu na kucu zmieszał się uśmiech. Miał radośnie chłopięcą buzię, nie na­wykłą jeszcze do czekającej go roli. Zazdrości­łem im tylko karego, targającego wodzami i dro­biącego zadnimi nogami. Och, użyłbym sobie, brzuchem tarłby ziemię!

Kiedy minęli mnie „Egipcjanie” ruszyłem szybko, aby się rozgrzać. Na ulicach ludzie spieszący do pracy. Mój dom. Otworzyłem wejściowe drzwi. Na drugim piętrze krucza, puszysta Irlandka w ró­żowym szlafroczku wychodziła z łazienki. Po dobrze przespanej nocy i po kąpieli wyglądała jak kropla rosy. Przystanęła, zrobiła okrągłe oczy.

— Och, skąd to tak? — wyszło z jej ust. Potem uśmiechnęła się przyjaźnie, kobieco i dodała: — Happy?

— Very happy — odpowiedziałem cicho i po­mknąłem na swoje poddasze. Zwaliłem utytłane dunkry. Rzuciłem się na łóżko, zaraz zapadłem w sen.

Znowu pochylałem się wieczorami nad kartką i nic z tego nie wychodziło. Zabrałem się do czy­tania. W przerwach włóczyłem się po ulicach w dnie i w noce.

W czarny, deszczowy dzień, łaziłem po bruku przemoknięty. Dzień i ja pasowaliśmy do siebie. Wtedy lunęła z nieba woda. Przechodnie biegli do bram, łapali taksówki i autobusy i uciekali do domów. Nie miałem dokąd uciec, najgorsze

179

było mniej okrutne od mojego poddasza. Kaskady siekły twarz, oblewały mnie całego. Ulga! Waliły o chodnik, podskakiwały, opadały. Na czarnym, połyskliwym asfalcie pojawiały się bańki — i ginęły. Zabawne. Szedłem pomału, przystawa­łem, znowu ruszałem. Usłyszałem głośny śmiech, pełen wesołości. Ujrzałem znajomego przy witry­nie sklepowej, skinąłem mu głową, chciałem iść dalej. Znajomy wybiegł na skraj suchego miejsca.

— Też spacer! — zagrzmiał. Uśmiechnąłem się. — Chodźże tu! — sięgnął ręką, wciągnął mnie pod daszek. Oglądał mnie, śmiał się głośno. Sam w deszczowym, przeźroczystym płaszczu, pod nim doskonałe ubranie w prążki. Jaskrawy kra­wat, hiszpański wąs, wypomadowana czupryna. Znałem go: amant, trochę dziennikarz. Ubawiwszy się mną, natarł z miejsca:

— Byłeś niedawno we Francji?

— Dawno… niedawno…

— Najważniejsze, że byłeś. Masz przy sobie książeczkę żeglarską?

— Mam.

— Mam parę francuskich franków. Wymienisz je?

— Wymienię.

Pociągnął mnie za sobą. Przystanął pod murem. Pochylił się i pogrzebał w nieodłącznym, zawsze noszonym portfelu.

— Masz, ułożone w kupki, w każdym banku jedną.

Błyskawicznie spojrzał na moje ubranie, wyglądałem jak po kąpieli.

— Weź tę skórę. — Podał mi portfelio. — Chodźmy, przestało padać. Wyszliśmy z podsienia. Narzucił szybki krok, nie sprzyjający rozmowie

180

Zatrzymał się przed oddziałem bankowym, puścił mnie samego.

Podałem kasjerowi franki i książeczkę żeglars­ką,   wyjętą z celuloidowej oprawki, zaciśniętej, gumą.   Używałem jej na statkach, na wypadek zmoczenia.  Kasjer spojrzał na mnie.

— Skąd wiemy, czy byłeś we Francji?

— W książeczce złożone jest zaświadczenie z inwazji.

Przeczytał honorowe świadectwo, wydane przez rząd Jego Królewskiej Mości i ruchami automatu wymienił pieniądze.

— No, co? — zapytał na ulicy amant-dziennikarz.

— W porządku.

Narzucił jeszcze szybsze tempo. Mówił, że drukował się już w „Dzienniku”, że dużo pisze. Wychwalał znajome dziewczyny, z którymi musi mnie poznać. Po ostatniej wymianie spojrzał na zegarek.

— Jestem umówiony. Elegancka, co za inteli­gencja! Pędzę!

Podałem mu portfel i dodałem:

— Przydadzą ci się.

Zręcznie wsunął mi do kieszeni funta.

— Zobaczymy się w „Orle”! — zawołał i znik­nął w przejeżdżającej taksówce.

Często tam zabiegał przeze mnie o znajomość z dziennikarzami i hojnie stawiał im gorzałę. „To się nazywa rozmach” — pomyślałem i ruszyłem wolno na swoje poddasze.

Następnego wieczoru byłem w „Białym Orle”. Siedziałem sam przy stoliku w sali, przylegającej do baru. Jak strzała przemknął amant-dziennikarz. Spostrzegł mnie, zawrócił, podszedł i rzucił się w fotel.

181

— Co tak przy piwie tylko? — wyrzucił krze­piąco. — Napijemy się.

— Wystarczy mi — odpowiedziałem.

Na kolanach portfel, układał w nim papiery, bardziej z maniery niż z potrzeby. Przy innych stolikach hałas rozmów. Na klatce schodowej stał wysmukły blondynek, pogodny, uśmiechnięty, i samotny. Przez szeroko otwarte drzwi przyglą­dał się ciżbie ludzkiej.

— Słuchaj, mam jeszcze trochę franków. Do­staniesz 10 procent. No co, wymienimy je jutro? — nieodparcie przyjaźnie pytał amant-dziennikarz.

Czułem kant.

— Nie — odpowiedziałem.

Przekonywał mnie długo, póki nie zobaczył kil­ku dziennikarzy idących do sali barowej. Po­mknął do nich.

Po chwili ujrzałem przed sobą zażenowanego blondynka.

— Naprawdę, nigdzie nie ma miejsca. Czy mogę tu usiąść?

— Proszę — odpowiedziałem.

Był w brązowym ubraniu najlepszej jakości, wytwornie znoszonym. Spoglądał delikatnie sza­rymi, żarzącymi się oczami. Spojrzałem na plik gazet w jego ręku. Uśmiechnął się łagodnie.

— Przegląda się trochę na bieżąco — usprawiedliwiał się. Zwinął je ciasno. — Jak tu nie czytać w tym kraju?

Zaczął mówić o literaturze angielskiej. O pierwszeństwie intelektu, podobnym do pierwszeństwa artyzmu u Francuzów. O poezji jednoczącej obie cechy w najwyższym stopniu.

Słuchałem go z przyjemnością. Doskonale znał angielski i zapewne miał dużo czasu. Zauważył kelnera przy pobliskim stoliku.

182

— Napijemy się wina? — spytał łagodnie.

— Nie, dziękuję — odpowiedziałem.

— Chciałem się napić, a tak samemu…

— Jeśli tak… — przytaknąłem.

Maczaliśmy usta w złotym płynie, uśmiecha­liśmy się do siebie.

— Pan nie jest mi obcy. — Odniosło się to pew­nie do mojego ostatniego dziwactwa, do pisa­nia. — Teraz często widać tu pana.

— Zbyt często — odpowiedziałem. Znów zaczął mówić o literaturze, żywo, pochła­niająco.

— Pan też? — przerwałem mu.

— Och nie, nie piszę, nawet nie próbuję — wymówił szybko, z zawstydzeniem. Na samym dnie uśmiechu ledwo się zaznaczającym, trzeźwa pogarda. — Lubię tylko.

Był ciekaw moich rejsów. Kiedy mówiłem o Francji, zamyślił się i nie spuszczając ze mnie łagodnych, mądrych oczu, wtrącił:

— Właśnie mam pewną sumę francuskich pieniędzy. Pan mógłby je wymienić, dam 20 procent.

Jego łagodna logika przekonała mnie. Przysta­łem. Umówiliśmy się i pożegnałem go.

Na drugi dzień rano wypchałem wszystkie kieszenie, nie chciałem brać teczki. Wsuwałem do nich dłoń, palcami wymacywałem grzbiet jedne­go ze złożonych na pół plików banknotów, wy­ciągałem i podawałem z książeczką żeglarską w okienku, wraz z kilkoma kłamliwymi słowami. Zgarniałem treściwe funty i szedłem do następ­nego banku. Tkwiły one w West End jeden za drugim, jak sklepy i jak gdyby zajęciem tutej­szych ludzi było tylko bankierstwo. Pieniądze, pieniądze; płynęły do nich pieniądze jak rzeki. Wszystkimi środkami lokomocji, telegraficznie

183

z kilkudziesięciu tysięcy kilometrów, z ogromnego imperium, z całego świata. Te banki były naj­ważniejszą częścią mózgu społeczeństwa, dopiero posiadanie konta bankowego dawało obywatel­stwo. Cóż znaczył mój kancik, kropla w morzu. Roześmiałem się.

Kasjerzy nawet nie spoglądali na mnie, a jeśli który rzucił okiem, to raczej z wyrzutem, że zaj­muję mu czas. Jeden nawet pośmiał się ze mnie: Co nie smakowało ci wino i małe Francuzeczki?… — To tam powinienem był wydać swoje groszaki, by nie zawracać mu głowy.

Robiłem się coraz smuklejszy.

„Funty — myślałem — to przynajmniej pieniądz, nie taki śmieć jak franki”. Zagapiłem się, miną­łem bank. Zawróciłem. W kieszeni wymacałem palcami jeden z trzech ostatnich grzbietów, po­łożyłem z książeczką żeglarską na pulpicie okien­ka. Za pulpitem widziałem stojącego kasjera, słusz­nego wzrostu, w szarym ubraniu, zwróconego plecami do mnie. Odwrócił się, był w rozpiętej marynarce i obcisłej kamizelce. W średnim wieku, ściągła, wyrazista twarz, szronkowate włosy. Po­goda i jasność biły dumnym wdziękiem. Wziął moje papierki, położył na stół. Wymówił for­mułkę. Nie siadając obracał kartki w książeczce. Wyprostował się, spojrzał na mnie, nos jakby mu się zmarszczył:

— Coraz więcej marynarzy przychodzi do nas — wymówił.

Patrzył mi w oczy z dumnym uśmiechem. Przez chwilę cień przykrości przesłaniał mu twarz, cień, który mówił: „Nie wyglądasz na to, a jednak jesteś zwykłym oszustem”. Pozostała mi kłamliwa bezczelność. Przeliczył franki i podał funty. Był

184

zgnębiony, jak gdyby sam nie był pewien swojej jasnej dumy. Podziękowałem i odszedłem.

Na ulicy zmięła mi się twarz, jakby mnie ktoś przez rynsztok przeciągnął. Oto chciałem być tro­chę pisarzem i trochę kanciarzem… O mało nie wybuchnąłem głośnym śmiechem. Popędziłem do meliny, nie wymieniłem już pozostałych franków.

W Klubie „Białego Orła” zastałem wysmukłe­go blondynka. Radośnie ożywiony, poprowadził do drugiej sali, w sam róg. Usiedliśmy. Podałem mu funty.

— Jutro dostanie pan podwójną porcję — wy­mówił szybko i zabrał się do liczenia.

— Tu ma  pan swoje  20  funtów. Wziąłem,  schowałem do kieszeni.

— A to co? — Zobaczył pozostałe franki, które położyłem na stole. — Weź je pan, jutro dołożę.

— Już nie chcę — odpowiedziałem.

— Żarty? — zawołał.

— Nie.

W jego uśmiechu dojrzałem całą swoją głupotę, tę o jaką mnie posądzał. Zaśmiał się żywiej, zmrużył oczy, wymówił:

— A 25 procent? Nie reagowałem.

— Trzydzieści.

Przyglądałem się jego swobodnej hojności. Wstąpiła w niego pewność siebie, wierzył, że już mnie ma.

— Jedną trzecią.

— Nie — odpowiedziałem cicho.

Zapalił papierosa, po dłuższej chwili powiedział:

— W Londynie jest dwa tysiące banków. W każdym wymienią panu za 5 funtów. — Pokiwał znacząco głową. — Potem można od nowa w tych samych. Całkowita pewność, jeszcze nie żądają

185

podpisu. Był pan we Francji jako marynarz, więc pozwalają panu wymienić pozostałe groszaki. Sprawa zupełnie legalna — kończył z łamiącym się naciskiem. — Teraz trzeba szybko. Potem bę­dzie pan panem swojego czasu, może być nawet zabawa w literaturę. Pan ma rodzinę, są jakieś obowiązki wobec niej…

Jego wywody były logiczne i diabelnie trzeź­we. Nie potrafiłem przeciwstawić się. Siedziałem cicho, by nie potęgować jego uśmiechu i nie zostać jeszcze większym durniem. Popatrzył jeszcze na mnie, podał rękę i odszedł.

Natychmiast przybiegł i usiadł w fotelu kręcą­cy się amant-dziennikarz.

— Pracujesz dla niego? — zapytał wprost.

— Już nie.

— Ile ci dawał?

— 20 procent.

— To świetnie. — Skrzywił się, przypomniała mu się jego własna propozycja. — Chciałeś wię­cej? To cwaniak.

— Nie wygląda. Chciałbyś byś taki cwany?

— Ba, to hurtownik. Tacy skupują franki bar­dzo tanio za gotówkę. Lotnicy Rafu przywożą je w walizkach. We Francji pozbywają się już tych wojennych śmieci… Spiesz się brachu bo niedługo będzie obciach. Ja też biorę od niego i szukam koni — zerwał się i popędził dalej.

Po chwili wyszedłem także. Szło mi się lekko, wydawało mi się, że potrafiłbym pofrunąć. Przez park, skrajem jeziorka. To nie nogi niosły mnie na poddasze. Znów spotkałem na schodach Irlandkę.

— You arę a nice boy to night — pochwaliła mnie.

186

— Thank you dear — odpowiedziałem.

Pędziłem do pokoiku, by schować się przed całym światem. Wszystko niepotrzebne odpadło z jego ścian, kiedy się w nim znalazłem. Usiad­łem, pochyliłem się nad kartką, ręka sama chwy­ciła za pióro, zacząłem pisać. Jakby tama pękła. Zalew. Nie oderwał mnie nawet wstający dzień ani coraz głośniejszy szum na ulicy.

Otworzyłem szeroko okno, wychyliłem się. Irlandka przechodziła na drugą stronę ulicy, spo­glądała w górę. Posłałem jej całusa. Ulegle po­dziękowała mi otwartą dłonią. Wyprostowałem grzbiet, przyjemne znużenie. Rozebrałem się i po­łożyłem do łóżka — wprost w sen.

 

 

 

SPIS RZECZY

Początek topografii                                         7

Aluś                                                                 22

Guadalajara!   Guadalajara!                            112

Pasek                                                               129

Psikus                                                        139

Błogosławiony bezwstydzie!                     161

Singsiarz                                                          173

Printed in Poland

WYDAWNICTWO POZNAŃSKIE

POZNAŃ 1965

Wydanie I. Nakład 10 000+270 egz. Ark. wyd. 7,5, ark. druk. 11,75. Od­dano do składania 22 XII 1964. Pod­pisano do druku 10 VII 1965. Druk ukończono .w lipcu 1965, Papier druk. mat. kl. V 65 g, 78X90 z fabryki we Włocławku. Zam. nr 505.

Cena zł 12,—

SZCZECIŃSKIE

ZAKŁADY   GRAFICZNE

Szczecin, Al. Wojska Polskiego 128.

Zam. nr 67. H-2-109